Pragnę podziękować Panu Jezusowi za XXVI TWU. Ten Wieczór zapadł głęboko w moją pamięć. W tym dniu mój mąż, moja mama, brat i bratowa pojechali razem ze mną, aby modlić się wspólnie przede wszystkim o moje zdrowie, ponieważ miesiąc wcześniej zdiagnozowano w mojej lewej piersi nowotwór złośliwy. W czasie gdy kapłan chodził po kościele z Panem Jezusem, prosiłam w duchu, aby Pan zauważył mnie pomimo ogromnego tłumu i dotknął mnie w zauważalny dla mnie sposób. Po jakimś czasie, gdy kapłan zbliżał się coraz bardziej w kierunku miejsca, gdzie stałam ze swoimi bliskimi, zaczęłam odczuwać mocne, coraz szybsze uderzenia serca. Gdy od Pana Jezusa dzieliło mnie około pół metra, moje serce waliło jak młot, jakby miało wyskoczyć na zewnątrz, po czym w jednym momencie wybuchnęłam płaczem. Dokładnie w tej chwili poczułam obecność żywego Boga i Jego błogosławieństwo dla mnie. Pan dał mi wielki pokój w sercu. Ten pokój towarzyszył mi przez cały czas, kiedy poddawana byłam różnym badaniom oraz operacji. Jako łaskę odbieram również fakt, że operowana byłam dokładnie od godziny 15-tej. W trakcie badań śródoperacyjnych stwierdzono, że nie mam przerzutów i nie ma potrzeby usuwać więcej węzłów chłonnych poza jednym wartownikiem, co zaoszczędzi mi w przyszłości dodatkowych cierpień. Po upływie paru tygodni otrzymałam wyniki pooperacyjne, które potwierdziły, że nowotwór nie powiększał się. Obecnie czuję się bardzo dobrze i w najbliższym czasie mam być poddana radioterapii. Proszę naszego Pana, aby mi błogosławił w tym czasie, ale przede wszystkim dziękuję Panu za ogrom łask, pokój w sercu i błogosławieństwo, które zsyłał na mnie przez cały ten trudny czas. Chwała Panu!

Maria, 48 lat

 

Pierwszy raz pojawiłem się na Tyskim Wieczorze Uwielbienia razem z żoną. Był to XXVI wieczór, więc trochę późno składam to świadectwo, ale ciągle czułem się, jakbym nie powiedział „dziękuję”, i to samemu Jezusowi. Więc czynię to teraz. Od kilku lat cierpiałem na ból kolana, raz bardziej, raz słabiej. Ale podczas spotkania modlitewnego, kiedy ujrzałem tylu o wiele bardziej cierpiących, nie bardzo miałem odwagę prosić o moje uzdrowienie. Bardziej skupiłem się na dziękowaniu i uwielbianiu Boga. Mimo to podczas każdego uklęknięcia myśl na temat modlitwy o zdrowie przelatywała mi przez głowę. Podczas spotkania padły słowa o uzdrowieniu cierpiących na bóle stawów, ale jakoś nie miałem odwagi brać tych słów do siebie. Cały wieczór modlitewny był dla mnie dużym przeżyciem. Poczułem się, jakby ktoś mnie podłączył do jakiejś wspaniałej „ładowarki”. Pojawiłem się też na następnych wieczorach. No i właśnie uświadomiłem sobie, że kompletnie zapomniałem o bólu, nawet zastanawiałem się, które kolano bolało mnie przez tyle lat. Ból zniknął. Chwała Panu!

Eugeniusz, 57 lat

 

W październiku 2013 roku pierwszy raz uczestniczyłam w TWU. Pojechałam , bo bardzo chciałam uwielbić Boga, podziękować Mu za Jego miłość, dobroć, otrzymane łaski. W czasie Mszy św. poleciłam opiece Bożej moich najbliższych: syna i męża. Nie prosiłam o nic, bo chciałam, by był to wieczór tylko dla Jego uwielbienia. Jednak Bóg w swojej doskonałości miał inne plany. Po Eucharystii, kiedy rozpoczęło się czuwanie modlitewne i adoracja, na kolanach wielbiłam Pana i dziękowałam Mu za wszystko. Wtedy ogarnęło mnie nieznane uczucie, a do moich oczu napłynęły łzy. Nie potrafię określić, jak długo płakałam i co właściwie się ze mną działo, ale było to przeżycie zbawienne i oczyszczające moją duszę. Kiedy się uspokoiłam, z radością dziękowałam Bogu za ten wspaniały dar. Wypełniała mnie ogromna radość.

Później uczestniczyłam w kolejnych TWU, z których zawsze wracałam pełna wiary i nadziei, chociaż moje przeżycia nie były już tak głębokie, ale na XXVI TWU Pan Jezus znów dotknął moją duszę. W czasie modlitwy usłyszałam od prowadzącego, że Pan Jezus mówi do Marzeny: „Córko, wybaczyłem ci twoje grzechy, nie zadręczaj się nimi więcej”. Wiedziałam, że to do mnie. Moje oczy znów były pełne łez. Pan po raz kolejny oczyścił i uzdrowił moją duszę. Jego Miłosierdzie jest bez granic!

Pragnę jeszcze wspomnieć, że mam chory kręgosłup (jak chyba większość z  nas) i za pierwszym razem obawiałam się, czy dam radę. Okazało się, że na każdym czuwaniu modlitewnym TWU wielbię Boga na kolanach i nic mi nie dokucza. Właściwie to bardzo rzadko teraz odczuwam jakieś dolegliwości. Tak więc miałam chory kręgosłup, ale Pan mnie uzdrowił! Podobnie jak mojego męża, który w marcu 2013 roku wychodził ze szpitala z wypisem ciężkiej astmy. Dzisiaj czuje się bardzo dobrze, lekarstwa zażywa w  minimalnych ilościach. Dobry Pan jego też uzdrowił oraz uchronił od zachorowania na nowotwór przez bardzo wczesne wykrycie i usunięcie zmian w organizmie. Dziękuję Ci, Panie, za Twoje łaski i błogosławieństwo każdego dnia. Chwała Panu!

Marzena, 47 lat

 

Na ostatnim, XXVI Tyskim Wieczorze Uwielbienia prowadzący modlił się za osoby samotne, które nie czują się godnymi miłości. PAN Jezus zapewnił je o swojej miłości słowami Ja Jestem, a następnie wymienił konkretne imiona, w tym także moje – Magda. Nie wierzyłam , że mówi do mnie i zanim zdecydowałam się napisać to przewertowałam świadectwa w poszukiwaniu jakiejś Magdy. Ale nie znalazłam żadnej. Te słowa były skierowane do mnie. Z niecierpliwością czekam na kolejny Tyski Wieczór Uwielbienia. Chwała Panu.

Magdalena, 41 lat

 

Na Tyskie Wieczory Uwielbienia jeżdżę regularnie od kilku lat. Zawsze towarzyszyło mi duże pragnienie doświadczenia miłości Pana Boga, doświadczenia także na poziomie emocjonalnym. W domu, w którym się wychowywałam, nie wyrażaliśmy emocji w sposób zdrowy, dlatego bardzo chciałam być przez Pana Boga zauważona, przytulona. I często po Tyskich Wieczorach Uwielbienia towarzyszyło mi niezadowolenie i żal, może poczucie odrzucenia, kiedy nie doświadczałam obecności Pana Jezusa tak, jak tego wówczas oczekiwałam (choć głęboko wierzę, że On nikogo nie pomija i zawsze działa). Ostatni Tyski Wieczór Uwielbienia był dla mnie inny. Chyba przez całe spotkanie towarzyszyło mi silne przekonanie, że Pan Bóg kocha nas wszystkich, że mnie kocha, i że to, co się dzieje w czasie Wieczorów Uwielbienia, jest Jego dziełem miłości. To przekonanie wiązało się z radością i pokojem. Były też proroctwa, które zapadły mi głęboko w pamięć. Pan Jezus mówił jednej dziewczynie, że nie chce, by myślała o sobie źle. Myślenie o sobie źle to również mój problem, i zrozumiałam wtedy, że Pan Jezus nie chce też, żebym i ja tak źle o sobie myślała. Ostatnio doświadczam bardzo troski Pana Boga jako Dobrego Ojca i bardzo się tym cieszę. Widzę, że jak obiecał, tak mnie uzdrawia i wyzwala, często też poprzez innych ludzi. Niech będzie na zawsze uwielbiony.

Bernadeta, 21 lat

 

Na TWU byłam dopiero dwa razy. Nie zawsze jest to możliwe w życiu zakonnym i wspólnotowym. Podczas ostatniego spotkania miałam w sercu wiele myśli i intencji. Cały czas modliłam się i prosiłam Pana o pomoc w pewnej trudnej dla mnie sprawie. We wrześniu do naszej wspólnoty dołączyła nowa siostra, której nie potrafiłam do końca zaakceptować. Bardzo mnie to bolało ale tez przerastało mnie samą. Kiedy klęczałam pogrążona w modlitwie pytając Jezusa co mam robić, nagle było proroctwo do sióstr zakonnych, ze Panu Jezusowi najbardziej nie podoba sie brak miłości siostrzanej we wspólnotach zakonnych. Wiedziałam, ze to były słowa do mnie! To nie był problem osobowości tamtej siostry ale problem braku miłości z mojej strony! Nie tyle to zrozumiałam co zaczęłam się modlić o uzdrowienie tych relacji. Bóg pokazał mi to czego sama nie widziałam, nie tyle pokazał, co uleczył! Dziękuję za tę wielką łaskę i radość której doświadczam jeszcze bardziej w życiu zakonnym! Chwała Panu

s. Gabriela,  47 lat

 

Świadectwo jest obowiązkiem chrześcijanina, wiec składam je i ja. XXVI TWU był pierwszym, w którym uczestniczyłam, jednakże zanim do tego doszło, wydarzyło się tak wiele… Z jednej strony ten „zły” robił wszystko, bym tam nie pojechała, nie uczestniczyła, a z drugiej czułam całą sobą, że muszę tam być, że pragnę tam być. Chciałam prosić o  zdrowie dla dziecka. Rzeczy dla mnie dziwne, niezrozumiałe, zaczęły się dziać na trzy tygodnie przed owym wieczorem. Wtedy bowiem pojechałam z  synem do szpitala na zabieg. Syn ma naczyniaki wszelkiego rodzaju tkanki podskórnej, mięśni i przewodu pokarmowego – z tego powodu cierpi fizycznie, ale też stale traci krew. Lekarze są właściwie bezradni, nie znają podobnego przypadku. Wieczór przed zabiegiem modliłam się, aby ten zabieg się nie odbył, jeśli byłoby jakiekolwiek zagrożenie, gdyby synowi miałoby się coś stać. Następnego dnia odesłali nas do domu z  powodu awarii klimatyzacji w pomieszczeniu, gdzie miał się odbyć zabieg. Dwa tygodnie później mieliśmy się zjawić na innym oddziale, ale i tam również w wyniku różnicy zdań lekarzy co do jego przypadku nic nie zrobiono. Następnego dnia syn miał lekcje w domu (ma nauczanie indywidualne). I wtedy nauczyciel przyniósł nam wiadomość, iż w  najbliższą sobotę jest TWU. Przystąpiliśmy do sakramentu pokuty. Jednak w  momencie kiedy mieliśmy wychodzić do kościoła, gdzie udaliśmy się do spowiedzi, syna bardzo rozbolał brzuch – jak to stwierdził – „jakby go ktoś uderzał”. Pojechaliśmy mimo to i już po wyjściu z kościoła ból zniknął.

Bardzo chciałam pojechać na TWU, ale z powodu pracy, którą wykonywałam tego dnia i towarzyszącego bólu (choruję na łuszczycowe zapalenie stawów), wątpiłam, że będzie to możliwe. Jednak im bliżej było rozpoczęcia TWU, tym bardziej czułam, że muszę jechać. Pojechałam –  sama. Dziś mogę powiedzieć, że prowadził mnie sam Jezus. Nigdy wcześniej nie byłam w Tychach. Jadąc wyłączała mi się nawigacja w telefonie, ale pomimo to dotarłam. Zaskoczyły mnie tłumy ludzi i przeraziła myśl, że przyjechałam za późno, gdyż pewnie trzeba będzie parkować bardzo daleko i  się spóźnię. Niepotrzebnie! Każde moje wątpliwości rozpływały się w  momencie, jakby ktoś czytał moje myśli i mną kierował. Znalazłam miejsce do parkowania niemal natychmiast, spojrzałam na ścieżkę i czułam, by iść właśnie tędy. Weszłam nieśmiało i czułam natłok myśli. Nie wiedziałam, czy zostać, czy przepychać się dalej. I wtedy usłyszałam ciche ale stanowcze: „Zostań tutaj!”, a może bardziej wyczułam te słowa? Rozpoczęła się Msza św. i znowu natłok myśli, czy modlić się o zdrowie syna już teraz, czy bardziej skupić się na Mszy św. I znowu spokój we mnie, i znowu „ten” głos: „Słuchaj uważnie!”. Zastanawiałam się, czy to moje myśli, czy faktycznie „ktoś” do mnie mówi. Przepiękne kazanie, które uderzyło w serce: „Zaproście Pana Jezusa do waszych domów, do waszych rodzin, do waszych serc i tam oznajmijcie, że On jest Królem. Zaproście Jezusa do swojej codzienności.” Te słowa może nie są przytoczone dokładnie, ale dźwięczą we mnie cały czas. Przyjęłam Komunię św. i modliłam się gorąco o zdrowie dla syna. Rozpoczęła się modlitwa. Zapragnęłam zobaczyć osobę, która składała swoje świadectwo i wtedy lekko się wychylając, by ją dostrzec, usłyszałam: „Ty tam będziesz stała”, dużo głośniejsze i stanowcze. Chyba właśnie wtedy uzmysłowiłam sobie, że to nie moje myśli, ale słyszę całą sobą głos Pana. Zawierzyłam Panu swą rodzinę. Modliłam się „Bądź wola Twoja!”. Łzy cisnęły się do oczu ze wzruszenia, ale ocierałam je ukradkiem, jakby wstydząc się przed innymi. W pewnym momencie znów usłyszałam: „Nie ocieraj tych łez, córko moja!”. Rozpłakałam się na dobre, ale były to łzy szczęścia. Gdy kapłan zaczął chodzić z Najświętszym Sakramentem, tak bardzo chciałam, by był blisko mnie, i gdy stanął na wprost mnie, dwa razy uciekł mi wzrok, jakbym chciała uciekać, jakbym miała w sobie totalny zamęt. Wszystko działo się jakby obok mnie. Nie pamiętam, czy się wtedy modliłam, ani, jak się modliłam. Nagle zobaczyłam, że Pan Jezus jest już w innej grupie ludzi i poczułam ogromną tęsknotę za Nim, poczucie, jakbym Go zawiodła. Zaczęłam prosić: „Panie Jezu, spójrz na mnie, już się nie odwrócę”. I  wtedy On się odwrócił – poczułam, jakby tylko dla mnie, i ogarnęło mnie ogromne szczęście i przekonanie, że jest ze mną. Modlitwa trwała nadal, a  ja prosiłam szczególnie o zdrowie dla syna. W pewnym momencie zaczęła mnie boleć ręka, ale przestała, więc o niej zapomniałam. Po chwili to samo, dotknęłam jej i pomyślałam, że to właśnie w tym miejscu syn ma dużego naczyniaka, wielkości pięści. Wieczór uwielbienia dobiegł końca. Czułam się bardzo szczęśliwa, że mogłam w nim uczestniczyć. Wychodząc zaskoczyło mnie to, że pomimo tylu godzin stania nie czułam bólu kręgosłupa. Z radością wracałam do domu.

Następnego dnia razem z całą rodziną poszłam na Mszę św. do swojej parafii i po przyjściu z kościoła przypomniałam sobie o bólu ręki z dnia poprzedniego. Poprosiłam syna o pokazanie tego naczyniaka. Nie było po nim śladu, tak jakby nigdy nie istniał. Nigdy, nigdy nie było tak, by sam od siebie zniknął jakikolwiek naczyniak. Były wielokrotnie usuwane operacyjnie lub przez inne zabiegi i zawsze się pojawiały w tych i  innych miejscach. Ręka już nie boli. (…)

Zaprosiłam Jezusa do naszej codzienności, codziennie otrzymuję od Niego tak wiele. Tak wiele zmienia się na dobre. Teraz wiem, że nic nie jest dziełem przypadku, to co się dzieje, ma czemuś służyć, czegoś nauczyć. Wszystko powierzam Jemu. On wie, jak nas prowadzić. Nie potrafię pięknie ubrać w słowa tego, co czuję, nie potrafię tego przelać na papier, ale wiem, że dzieje się w naszym życiu coś wielkiego i pięknego. Ogromne jest Jego miłosierdzie! Króluj nam, Chryste, zawsze i wszędzie! Chwała Panu!

Ewelina, 37 lat

 

XXVI Tyski Wieczór Uwielbienia był moim czwartym z kolei. Za każdym razem mocno przeżywałem modlitwy uwielbienia, jak i samą Eucharystię. Zawsze z utęsknieniem czekam na kolejny TWU. Na ostatnim, według mnie, stał się cud z moim udziałem. Otóż od lat zmagałem się nałogowo z  grzechami nieczystości. Nagle usłyszałem słowa poznania, że Jezus zwraca się do mężczyzn uzależnionych od pornografii i chce ich zapewnić, że jest zawsze z nimi. Mija już czwarty miesiąc, a ja wciąż nie zaglądam na strony z pornografią i nie męczy mnie już grzech masturbacji. Nawet nie tęsknie już za tym. Zostałem od tego uwolniony! Dzięki Ci, Panie Boże, za to! Chwała Panu!

Bartłomiej

 

Na Tyskie Wieczory Uwielbienia chodzę od pięciu lat i za każdym razem Jezus poruszał moje serce. Wciąż prosiłam o łaskę wiary dla mnie i  najbliższych, a szczególnie dla syna alkoholika. Ciągle modlę się za niego, lecz modlitwa sprawiała mi najwięcej bólu, gdyż bardzo często oprócz rozproszeń miałam myśli bluźniercze. Dręczyły mnie w dzień i w  nocy. Zaczęłam w końcu odczuwać nocne lęki, niektóre noce były koszmarne. Bałam się brać różaniec do ręki. Gdy w pewnej chwili padły słowa, że jest wśród nas sześć kobiet, które cierpią z powodu myśli bluźnierczych i Jezus chce uwolnić ich serca, zamarłam. Jako pierwsze usłyszałam swoje imię. Uklękłam, a z oczu pociekły mi łzy. Nic nie odczuwałam i były to łzy nie tyle szczęścia, ile  lęku z obawy, że Jezus wybrał inną Teresę. Czułam ściśnięte serce. Pomyślałam: „Jezu, otwórz me serce!” i prosiłam o łaskę uzdrowienia. Podczas modlitwy w następnych dniach zauważyłam, że myśli bluźniercze zniknęły i bardziej umiem skupić się na modlitwie, a po tygodniu odmawiając tajemnicę bolesną różańca płakałam, jakbym odmawiała ją po raz pierwszy. Jakbym po raz pierwszy zrozumiała, jak wielką ofiarę Jezus poniósł z miłości do nas na krzyżu. Jezu, dziękuję Ci za uleczenie i uwolnienie mojego serca z  myśli bluźnierczych, które prześladowały mnie od dzieciństwa. Chwała Panu!

Teresa, 63 lat

 

Na ostatni XXVI TWU trafiłam przypadkiem: po prostu przechodziłam obok kościoła i postanowiłam zatrzymać się na chwilę. Jestem parafianką bł. Karoliny, więc wiedziałam, skąd te tłumy, ale jeszcze nigdy nie miałam okazji być na Wieczorze Uwielbienia. Do środka nie udało mi się wejść, stanęłam więc na końcu i z chwili zrobiła się ponad godzina. Byłam pod ogromnym wrażeniem siły modlitwy i ogólnie wiary zgromadzonych tam osób. Szczerze mówiąc, trochę im nawet zazdrościłam tego uczucia. Moja wiara nie jest zbyt mocna, nie potrafię tak bardzo zawierzyć się Bogu i tak zatracić w modlitwie. W pewnym momencie ludzie w kościele zaczęli się rozstępować i ujrzałam księdza z monstrancją zmierzającego ku wyjściu. Zatrzymywał się czasem i błogosławił wybrane osoby. Jak tylko go zobaczyłam, poczułam, że podejdzie właśnie do mnie. Nie wiem, skąd miałam tę pewność. Klęczałam z pochyloną głową nie mając odwagi podnieść wzroku i czując, że absolutnie nie zasługuję na takie wyróżnienie. A  jeśli to naprawdę się stanie, to ciężko będzie mi uznać to za przypadek. Tyle innych osób obok przyszło tu marząc o takim bezpośrednim błogosławieństwie, a mnie przywiodła tam tylko ciekawość… No i stało się: nagle poczułam dłoń księdza na moich włosach. Zamarłam w bezruchu, do końca chyba nie wierząc w to, co się dzieje. W tym momencie byłam już pewna, że moja obecność tam to nie był przypadek, że Jezus najpierw mnie wezwał, a potem przyszedł do mnie, do kogoś tak sceptycznego jak ja, kto o nic tutaj nie prosił. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że uwolnił mnie wtedy z bardzo uciążliwej dolegliwości somatycznej, na którą zasadniczo nie ma lekarstwa, bo jej źródło tkwi w umyśle. Nie znajduję słów, żeby wyrazić wdzięczność za to uzdrowienie. Dolegliwość ta skutecznie uprzykrzała mi życie i utrudniała normalne funkcjonowanie. Chcę w tym miejscu dać świadectwo tego, że Jezus zawsze wie, co nas dręczy, z jakimi problemami się zmagamy, nawet jeśli sami mu tego nie powiemy. Pomaga nam nawet wtedy, gdy nie potrafimy poczuć tej wszechogarniającej wiary, która zawsze wydawała mi się niezbędna do otrzymania takiego daru. Być może stało się to za sprawą wiary osób gorliwie modlących się obok. Chciałam serdecznie, z całego serca podziękować. Chwała Panu!

Beata, 37 lat

 

To był mój pierwszy Wieczór Uwielbienia. Od kilku dni miałam tylko jedną troskę, a była nią troska o małą dziewczynkę, która marzy o nowej rodzinie. Pewnego dnia przed wyjazdem w odwiedziny do zaprzyjaźnionego domu dziecka modliłam się na różańcu w jej intencji. Gdy ją odwiedziłam, w pierwszych minutach naszego spotkania pokazała mi kalendarz, na którym zaznacza modlitwy różańcowe o dobrą mamę i dobrego tatę. Nie potrafiłam powstrzymać łez wzruszenia i gdy te kilka chwil spędziłyśmy razem bawiąc się i rozmawiając, to co chwilę ukradkiem ocierałam łzy. Wychodząc do pracy obiecałam jej, że też będę się modliła w tej intencji, i tak się pożegnałyśmy.

Na portalu społecznościowym, a dokładnie na profilu mojej koleżanki był udostępniony film zapraszający na XXVI Tyski Wieczór – chyba go nawet nie obejrzałam, ale byłam pewna, że koleżanka będzie brała w nim udział. W piątkowy wieczór co chwilę myślałam, że chcę w wyjątkowych okolicznościach modlić się w tej wyjątkowej intencji. W sobotę rano napisałam koleżance, że życzę jej dobrego dnia i pięknych wrażeń na ten Wieczór. Monika odpisała, że będzie mówiła swoje świadectwo i że jest to dla niej niezwykły i wzruszający dzień–- dzień przełomu. W tym momencie już wiedziałam, że ja też tam będę! Powiedziałam mężowi, że nie wrócę po pracy prosto do domu, ale pojadę najpierw na mszę do Tychów, gdzie ludzie będą mówili swoje świadectwa. Mój kochany mąż nie miał nic przeciwko. dał całusa i pojechałam 🙂

Zaskoczył mnie ten tłum radosnych ludzi, których było coraz więcej wokół kościoła. Idąc w ich stronę miałam obawy, czy znajdę jakieś miejsce, aby się chociaż oprzeć. Na szczęście znalazłam miejsce na schodach prowadzących na chór. Na początku trochę mnie drażnili ludzie chodzący z  dołu do góry i z powrotem, bo nie było już miejsc na rozłożenie krzesełek. Na szczęście dość szybko minęła mi ta irytacja i zaczęła się ta uroczystość pełna uwielbienia. Robiło mi się coraz bardziej ciepło i  szczęście ogarniało mnie coraz bardziej. Gdy usłyszałam świadectwo kobiety uleczonej z choroby nowotworowej, która we śnie widziała chrzcielnicę z tego kościoła, to w duchu zapragnęłam zobaczyć coś lub doświadczyć czegoś, co upewni mnie, że dobrze zrobiłam, że tu jestem. Po chwili zobaczyłam pięknie świecący różaniec nad ołtarzem, którego wcześniej nie zauważyłam. Ciepłe łzy wzruszenia płynęły mi po policzku, a radość coraz bardziej mnie rozpierała. Przeżyłam największą radość w  moim życiu! Wiem, że każdy tak czasami w życiu mówi. Przecież mi też się kiedyś wydawało, że noc, którą przegadałam z chłopakiem, który teraz jest moim mężem, była najwspanialszą chwilą w moim życiu, potem nasz ślub był jeszcze piękniejszy, a następnie narodziny naszego pierwszego dziecka. Jednak teraz uważam, że nigdy nic nie spowodowało we mnie tak mocnego bicia serca i takiej radości aż do gorączki całego ciała, i gdy biłam brawo Monice po jej świadectwie, byłam bliska omdlenia ze szczęścia! Powiedziałam mężczyźnie, który stał obok mnie, że jeszcze nigdy mi tak mocno serce nie biło. Wtedy położył mi swoją dłoń na ramieniu i czułam, że jego dłoń też aż parzy, ale to było takie wspaniałe 🙂 „Dzięki, że jesteś” – „Dzięki, że byłeś obok”, abym mogła od razu mówić, jak mocno czuję Bożą obecność, miłość i pokój! Gdy ksiądz z monstrancją i z Jezusem naszym Panem wszedł między ludzi, z ogromnym utęsknieniem pragnęłam, aby podszedł blisko nas. Zapytałam dziewczynę, która stała tuż przede mną, czy do nas przyjdzie. Zaprzeczyła, ale wskazała miejsce, gdzie będzie szedł. Mimo iż wielu ludzi musiałam prosić o przepuszczenie, zeszłam na dół i śledziłam ruch ludzi i ich spojrzenia, bo dzięki temu wiedziałam, że już jest blisko. Czekałam z  nadzieją i ogromnym utęsknieniem, aż podszedł. Chciałam pocałować ten złoty welon, którym dłonie księdza tuliły monstrancję. Powiedziałam prosto z serca „Kocham Cię, jesteś moim Królem, dziękuję!” Nadal nie mogę przestać o tym myśleć, uśmiecham się na każde wspomnienie tej chwili, to była radość, której nie da się opisać. Czułam obecność Jezusa, dobrego, kochającego, największego Pana! (…) Kolejne wzruszenie i  fala radości wpłynęły do mojego serca, gdy zobaczyłam pięknie błyszczącą obrączkę różańcową na palcu księdza. Wracałam do domu niesamowicie szczęśliwa i nieustannie czuję tę radość i wdzięczność za to, czego doświadczyłam (…).

Agnieszka, 39 lat

 

Po długiej przerwie w życiu powróciłem do Kościoła, a to za sprawą kuzyna, który powiedział mi o tym, że był na Wieczorze Uwielbienia. Początkowo śmiałem się z tego wszystkiego, ale coś kazało mi sprawdzić, czym tak naprawdę to wszystko jest. Po przeszukaniu internetu, nie chciałem czekać do kolejnego Wieczoru Uwielbienia w Tychach, już się nie śmiałem i chciałem koniecznie to zobaczyć, przeżyć. Pojechałem na spotkanie otwarte w trzecią sobotę do Częstochowy. Niestety mogłem uczestniczyć tylko w Eucharystii, jednak już tam pod koniec poczułem i  usłyszałem, że jestem na właściwym miejscu. Po powrocie przystąpiłem do spowiedzi po 12 latach. Zacząłem uczęszczać w miarę możliwości na niedzielne Eucharystie, i tak czas minął do kolejnego XXVI Wieczoru Uwielbienia w Tychach.

Plany niestety tak się ułożyły, że nie wiedziałem czy zdążę, jednak udało się i znalazłem się na miejscu. Podczas Eucharystii, a w zasadzie pod koniec, było za mną zło. Czułem je, słyszałem, a serce biło jak nigdy dotąd ze strachu, niepewności. Do momentu adoracji zdarzyło się to jeszcze raz podczas świadectwa innej osoby. To było straszne. Uklęknąłem, skierowałem głowę w dół, ciągle przerażony. Nagle wstaję, widzę Go. Po raz pierwszy w życiu czuję, że On, Jezus, tam jest na ołtarzu, nie samo tabernakulum, ale On sam, i patrzy na mnie, czuję to! Było to cudowne uczucie, ogrzało mnie całego ciepło chyba jakiegoś rodzaju miłości. Znów uklęknąłem, a gdy spojrzałem w górę, nie było Go! Nie wiedziałem, co się stało, gdzie jest, i poczułem strach, nie chciałem, żeby odchodził! Ale jest, widzę Go pośród ludzi, idzie i błogosławi im, leczy z cierpień. Znów byłem spokojny. Nic więcej tego wieczoru mnie nie przeraziło, poczułem spokój, złość na świat ustąpiła Poczułem, że On naprawdę jest, kocha mnie, a ja Jego. Wiem teraz, czuję, że jest. To piękne uczucie. Po wszystkim podziękowałem kuzynowi, że mnie tu skierował. Świadomie czy też nie, ale nie boję się już jutra, wiem, że cokolwiek się wydarzy, Jezus jest i czuwa nade mną. Amen.

Wojtek, 26 lat

 

Podczas modlitwy o uwolnienie od uciążliwych, dręczących myśli pomyślałam sobie, że i ja takie mam. Pomimo tego, że przyjechałam na XXVI Wieczór Uwielbienia w innej intencji, poprosiłam Pana, aby i mnie uwolnił od takich myśli. Do tej chwili moje myśli dotyczące pewnego mężczyzny sprawiały mi ból. Czułam się winna tego, że mam przyjaciela, i  nie potrafiłam uwolnić się od dziwnego poczucia winy. Teraz patrzę na naszą znajomość zupełnie inaczej. Potrafię się z niej teraz cieszyć, ponieważ wiem, że każda dobra, przyzwoita osoba wnosi w nasze życie wiele szczęścia. Chwała Panu!

Grażyna, 46 lat

 

XXVI Tyski Wieczór Uwielbienia był moim kolejnym i też tym razem doświadczyłam bliskości i miłości Boga. Mimo że nie było dla mnie konkretnych słów poznania, to i tak wiem, że Bóg działał. On wtulił mnie w swe Ojcowskie ramiona i dodał mi większej odwagi do przebaczenia mojemu ziemskiemu ojcu. Bóg podczas TWU działa naprawdę wspaniałe rzeczy. Chwała Panu!

Monika, 31 lat

 

Chcę zaświadczyć o mocy, potędze i nieskończonej miłości Boga do każdego człowieka. Na XXVI Tyski Wieczór uwielbienia przyjechałem z żoną i  znajomymi. Do tamtej pory w mojej głowie od dłuższego czasu rodziły się bardzo złe myśli. Weszliśmy do kościoła bocznym wejściem z prawej strony. Stanęliśmy zaraz przy wyjściu. Pierwsze, co zobaczyłem, to przekreślona czarno-czerwona postać namalowana z prawej strony ołtarza, co uświadomiło mi moje zachowania. Całą Mszę byłem pełny lęku i obawy. Po skończonej Mszy rozpoczęła się modlitwa. Uklęknąłem i poczułem niebywałą wygodę, jakiej jeszcze nie czułem. Wcześniej nie mogłem długo klęczeć, ponieważ od razu bolały mnie kolana i kręgosłup. Poczułem, że Bóg chce, żebym w takiej postawie trwał na modlitwie, że pozwala mi się zbliżyć. Zacząłem się modlić i coraz bardziej i bardziej czułem się bliżej Jezusa. Błagałem, aby Jezus mi wybaczył moje złe postępowania i  myśli. Chciałem, aby pozwolił mi być Jego gorliwym świadkiem, żeby dał mi siłę do walki z moimi słabościami oraz odwagę do głoszenia Jego chwały. Zacząłem gorzko płakać. To był taki histeryczny i rozpaczliwy płacz wychodzący od wewnątrz, jakiego jeszcze nigdy nie odczułem. Mijał kolejny czas, a ja dalej klęczałem (niewiarygodne!). Pomimo wielkiego hałasu słyszałem niezwykłą ciszę. Czułem, jak moje ręce same się wyciągają do przodu, jak gdyby żebrały. To było poza moją kontrolą. Czułem to, ale nie mogłem nic zrobić. Nagle poczułem, że ktoś się do mnie powoli zbliża. Żona powiedziała mi, że idzie w naszym kierunku kapłan z Panem Jezusem. Moje błaganie stało się jeszcze mocniejsze, a  głowie usłyszałem słowa „Proście, a będzie wam dane”. Czułem, że Jezus, mój Pan, stoi obok i spojrzał na mnie litościwie. Jeszcze bardziej się uniżyłem i otwarłem na Jego działanie. Spotkanie było tak głębokie, że nie jestem w stanie opisać tego słowami. Czułem Jego ciepło i odczuwałem Jego obecność wszystkimi zmysłami. Gdy Jezus odchodził, czułem totalną pustkę w głowie. Przez pewien czas nie umiałem nic pomyśleć, zrobić ani nawet powiedzieć. Zostałem jakby zresetowany, oczyszczony. Dalej trwałem na modlitwie klęcząc. Zacząłem rozumieć słowa w nieznanym dla mnie języku. Nie słowo w słowo, ale sens zdania. Nagle usłyszałem: „Bóg uzdrawia Łukasza z choroby układu krążenia”. Od dłuższego czasu bolała mnie głowa, ale tak potwornie, że nie dawało się wytrzymać. Myślę sobie, że to nie o mnie, że jest inny Łukasz i zacząłem się modlić w tej intencji. Nagle znowu: „Boże, on na pewno Cię teraz słyszy”. Zrozumiałem, że to jestem ja. Minął już tydzień i od tamtej pory ból się nie pojawił. Po skończonej modlitwie wstałem i pierwsze, co zobaczyłem, to białą postać z tej samej strony kościoła. Zrozumiałem, że Bóg dał mi nowe życie, zmazał wszystko, co we mnie było złego. Od tamtej pory uwielbiam Jezusa we wszystkim i we wszystkich. Jemu powierzam wszystko. Czuję Jego obecność w każdej chwili obok mnie. Czuję niesłychaną radość i  chęć do modlitwy. Stałem się nowym człowiekiem. Jezus jest moim Panem i  Zbawicielem, Jemu zawdzięczam moje ocalenie. Bóg pragnie każdego z nas i  tylko czeka, aż się otworzymy na Jego działanie. Trzeba powierzyć wszystko, całe nasze życie.Za wszystko, co Pan Bóg działa, niech będzie chwała!

Łukasz, 27 lat