Jak wielki i dobry jest nasz Pan przekonałam się już na moim pierwszym, czyli XXI TWU. Przyjechałam na niego z moją rodziną prosić Boga o uzdrowienie mojego dziecka oraz ojca. Tego wieczoru gdy kapłan przechodził wśród tłumu z Panem Jezusem, położył na mojej głowie rękę. Nagle poczułam ciepło i jak spływa na mnie wielki pokój. Było to najwspanialsze uczucie w moim życiu. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułam. Od tego Wieczoru zmieniło się moje życie. Jestem pewna, a nie tylko wierzę i mam nadzieję, że Bóg wie o moim istnieniu, kocha mnie i troszczy się o mnie. Uwielbiam Go każdego dnia. Dzięki Tyskim Wieczorom Uwielbienia, w których regularnie uczestniczę, mogę zobaczyć, jak mój Bóg jest potężny, dobry i łaskawy. Bądź uwielbiony Panie, na zawsze. Chwała Panu!

Karolina, 33 lat

 

XXI Tyski Wieczór Uwielbienia był kolejnym w którym uczestniczyłam. Do tej pory przychodziłam z intencją uzdrowienia duchowego czy fizycznego dla osób mi znanych, które bardzo tego  potrzebowały. Ostatni Wieczór Uwielbienia był wyjątkowy gdyż tym razem prosiłam o łaskę uzdrowienia dla siebie. Od roku cierpiałam na dolegliwości kobiece objawiające się nieprawidłowymi krwawieniami. Lekarze początkowo mieli problem z  postawieniem diagnozy, w końcu dowiedziałam się że leczenie będzie trudne, długotrwałe a efekt niepewny. W trakcie modlitwy gorąco prosiłam Pana Jezusa o uzdrowienie dla mnie. Gdy kapłan przechodził z Najświętszym Sakramentem odczułam wielką radość i pokój w sercu. Choć wiem że kościół pełen był ludzi, to przez ten moment istnieliśmy tylko Jezus i ja.  Od tamtej pory wszelkie dolegliwości ustąpiły.  Mój Bóg się o mnie zatroszczył. Chwała Panu

Agata

 

Na Tyski Wieczór Uwielbienia chodzę już od dawna. Gdy byłam jeszcze bardzo chora, przychodziłam prosić Pana Jezusa o potrzebne łaski dla bliskich i uzdrowienie mnie samej. I choć choroba pozostała, to bardzo silny ból, który jej towarzyszył, dzięki operacji, którą oddałam Panu Bogu, ustąpił. XXI Tyski Wieczór Uwielbienia był moim dwunastym, na który czekałam z utęsknieniem. Przez  cały dzień nie mogłam się doczekać, czułam, że to spotkanie z Jezusem  będzie wyjątkowe. I tak było! Kiedy kapłan przechodził z Najświętszym Sakramentem, zatrzymał się obok mnie i pochylił się na de mną, dosłownie położył mi monstrancję na głowie. Poczułam bliskość Jezusa, jakby przytulał mnie do siebie. Odczuwałam wielką radość z tego powodu, byłam bardzo szczęśliwa, że Jezus w ten szczególny sposób przyszedł właśnie do mnie, dając mi odpowiedz na moje pragnienie skrywane w sercu tego wieczoru. Chciałam, by Jezus przemówił do mnie po imieniu, tak jak przemawiał do innych. Gdy już straciłam nadzieję, Pan odpowiedział mi przez dotyk który ogarnął mnie niepojętym spokojem i wiarą w Boga, że On zawsze nas słyszy i jest przy nas – nawet wtedy gdy nam się wydaje, że Go nie ma. Dziękuję Ci Jezu za to osobiste spotkanie, za wzmocnienie mojej wiary i za opiekę w  każdej chwili mojego życia, którą mnie otaczasz. Chwała Panu!

Ewa

 

XXI Tyski Wieczór Uwielbienia był moim czwartym Jechałam tam raczej bez żadnych konkretnych intencji. Chciałam tylko doświadczyć bliskości Boga, modlitwy, a jedyne czego pragnęłam, to dostać się jakoś do wnętrza Kościoła (ze względu na tak dużą ilość osób) oraz znaleźć kawałek miejsca przy ścianie. Kłopotem dla mnie był ból okolicy lędźwiowej kręgosłupa, który pojawił się kilka miesięcy wcześniej. Będąc na poprzednim – XX Tyskim Wieczorze Uwielbienia w październiku z bólu aż musiałam wyjść z Kościoła bo miałam jeszcze takie niefortunne miejsce gdzie nie było nawet jak się oprzeć czy usiąść. Taki był ścisk. Z bólu aż zaczęły mi łzy lecieć z oczu. Kiedy XX Tyski Wieczór Uwielbienia w  październiku się skończył, ja od razu wiedziałam, że na następny – XXI TWU w styczniu – przyjadę, ale dość wcześniej, aby zająć jakieś miejsce, gdzie można by usiąść. Niestety, przyjechałam jak zawsze ze znajomymi, ale tylko chwilę przed rozpoczęciem (około 20 minut). Stałam tak samo jak w październiku między ludźmi bez możliwości oparcia się o cokolwiek. Mimo że Msza Święta się jeszcze nie rozpoczęła, ja już dość silnie zaczynałam odczuwać ten mój ból okolicy lędźwiowej kręgosłupa. Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie przyszło mi do głowy, by prosić Boga, by zabrał mi ten ból. Bardziej myślałam tylko o tym, że nie wiem jak wytrzymam tutaj jeszcze tyle czasu. Bóg jednak wiedział, co mi dokucza i mniej więcej w połowie Mszy Świętej ból, który tak mi dokuczał, odszedł; nagle przestałam czuć jakikolwiek ból, ucisk czy inne dolegliwości w plecach. Od tego momentu mogłam już normalnie stać, nie wijąc się z bólu. Ból nie powrócił do tej pory i wierzę że już nigdy nie wróci. Chwała Panu.

Patrycja, 21 lat

 

Na XXI Tyski Wieczór Uwielbienia pojechałam za namową młodszej córki, która uczestniczy w podobnych młodzieżowych spotkaniach w naszej miejscowości. Od niej się dowiedziałam, że takie spotkania i modlitwy odbywają się w Tychach. Prosiła, żebym z nią pojechała – nie chciałam jej zawieść, pojechałam. Pojechałam nie tylko się pomodlić, ale również z  troski o nią (młodszą córkę). Chciałam Tam być, zobaczyć, sprawdzić jak to wszystko się dzieje, czy ludzie na pewno nie wprowadzani są w trans. Byłam niedowiarkiem. Nie pojechałam w konkretnej intencji, chciałam się pomodlić we wszystkich intencjach, które noszę w sercu i wymieniam przy codziennych modlitwach. Uczestnicząc w modlitwach, obserwowałam obok stojących, gorliwie modlących się ludzi. Pomyślałam Boże, jak Ci ludzie muszą cierpieć, jakie muszą mieć problemy, choroby, jak bardzo potrzebują Bożej pomocy. Dziękowałam Bogu za to, że nie jestem na nic poważnego chora (przynajmniej na razie nic o tym nie wiem). Powierzyłam Bogu wszystkie intencje, które w sercu noszę – ogólnie za rodzinę, najbliższych, nie wymieniając konkretnych intencji. Modląc się, z  dystansem podchodziłam do dziejących się obok sytuacji dopóty, dopóki w  trakcie kolejnej modlitwy, nie usłyszałam słów Pana: „Jest wśród nas kobieta, która cierpi (martwi się), bo jej córka oddaliła się od Boga”. W  tym momencie, w mojej głowie przewinęła się myśl, że jest jeszcze Tu kobieta, która ma podobny problem, tak jak ja z moją starszą córką, która wyprowadziła się z domu, mieszka daleko i przestała chodzić do kościoła. Ale gdy usłyszałam ciąg dalszy słów Pana „Elżbieto, twoje modlitwy miłe są memu sercu, nie zaprzestawaj, a będą wysłuchane” – przez całe moje ciało przeszedł dreszcz, łzy same popłynęły mi z oczu, bo poczułam jakby te słowa były skierowane do mnie. Pan Bóg wymienił moje imię, do końca nie mogłam uwierzyć, czy aby na pewno te słowa były skierowane do mnie. Po wyjściu z kościoła podbiegła do mnie młodsza córka, która w trakcie modlitwy stała w innym miejscu (nie widziałyśmy się) i z radością w głosie powiedziała: Mamo, ty wiesz, że Pan Bóg do Ciebie skierował te słowa. Byłam zaskoczona, że i ona tak to odebrała. Widząc moje zaskoczenie powiedziała pytająco, przecież modlisz się za moją starszą siostrę? Odpowiedziałam, że tak, modlę się. Nadal nie mogłam uwierzyć w to co się stało. Dopiero w następnych dniach, po przemyśleniu wszystkiego uwierzyłam, a Pan Bóg sprawił, że moja starsza córka zaczęła się modlić i chodzi do kościoła. Dla mnie to wielki cud, że Pan skierował te słowa do mnie, bo wiedział, że dotrą też do mojej starszej córki. Dzięki Ci Boże za to. Chwała Panu.

Elżbieta

 

XXI Tyski Wieczór Uwielbienia był moim czwartym. W zasadzie świadectwo powinnam napisać już po moim pierwszym, XVIII TWU, gdyż od tego momentu moje życie zaczęło się zmieniać, zmierzając w kierunku miłości Jezusa. Każdy następny Wieczór Uwielbienia umacniał mnie na drodze wiary. Jednak dopiero teraz poczułam się gotowa do złożenia świadectwa. Cała moja historia z wejściem na drogę wiary żywej zaczęła się, gdy Bóg obdarzył mnie, cierpiącą na kolejny epizod depresji, kierownikiem duchowym. Trwało leczenie całościowe: duszy, ciała i psychiki. Modliłam się o  dobrego psychologa oraz za swego lekarza. Przyjęłam także sakrament namaszczenia chorych. I któregoś dnia, gdy byłam w ciężkim dołku, koleżanka, która towarzyszyła mi w moim cierpieniu, zaproponowała wyjazd na Tyski Wieczór Uwielbienia. Muszę przyznać, że całe życie bałam się tego typu spotkań, ale byłam już tak zdesperowana swą chorobą trwającą w  zasadzie od urodzenia, że zdecydowałam się uczestniczyć w tym spotkaniu modlitewnym. Gdy wchodziłam do Kościoła poczułam pokój i słowa „jak dobrze, że tu jesteśmy”. I choć wiele razy poczułam lęk w trakcie spotkania, to jednak czułam się umocniona. Patrząc jak Jezus uwalnia uwierzyłam, że On działa dziś! Widziałam jak moc wychodziła z Niego! I  to był moment przełomowy. Wiedziałam, że to jest moje miejsce. Od tej pory pokochałam adorację Najświętszego Sakramentu. Nadal trwa moja terapia i leczenie. Uczestniczyłam w kolejnych Wieczorach Uwielbienia, a  Jezus uzdrawiał i uzdrawia nadal małymi krokami moje rany, których było całe mnóstwo, począwszy od okresu prenatalnego. Nie będę opisywała całej historii, bo nie o to chodzi, lecz chcę pokazać to, co Jezus zdziałał w moim życiu. Przeżyłam także Seminarium Odnowy Wiary. Wstąpiłam do Wspólnoty Dorosłych Ruchu Światło-Życie, gdzie spotkałam ludzi, którzy mają podobne zmagania, ale odzyskują siły dzięki łasce Bożej. W tym czasie stoczyłam jeszcze wiele walk, upadków, dołków, nękało mnie wiele wątpliwości czy to wszystko ma sens, bałam się czy nie zwariuję. W depresji tak bywa, ale trzeba zaufać lekarzom i terapeutom. Zachęcam wszystkich chorych, aby dali sobie pomóc oraz przylgnęli do Jezusa, który często posyła nam ludzi, aby nas wspomagali w procesie zdrowienia. Obecnie otworzyłam się na ludzi, pokochałam życie wspólnotowe, cieszę się każdą łaską, łatwiej mi znosić krzyże życia, staram się być lepszą żoną i matką, ustępują lęki. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak dokonuje się we mnie uzdrowienie serca. Zmagam się także z chorobami fizycznymi, ale to zmaganie ma dziś już dla mnie inny wymiar niż kiedyś. Jezu, jeśli chcesz możesz to uzdrowić, jeśli to będzie dla mnie dobre. Za to wszystko chwała Panu!

Katarzyna, 31 lat

 

O planowanym wyjeździe na XXI Tyski Wieczór Uwielbienia dowiedziałem się z ogłoszeń duszpasterskich w mojej parafii. Mimo że nie interesowałem się grupowymi wyjazdami, zwłaszcza w porze zimowej (strach przed rozmaitymi infekcjami grypopodobnymi), coś w środku podpowiadało mi, żeby tam pojechać. Tuż przed wyjściem z przedsionka kościoła zawróciłem i poszedłem się zapisać. Z jednej strony byłem ciekawy obejrzenia zjawisk nadprzyrodzonych, o których mówiono, natomiast z  drugiej próbował zniechęcić mnie strach przed tym, co może nieoczekiwanego wydarzyć się z moją osobą. Po zapoznaniu się z  dostępnymi na stronie Centrum Duchowości świadectwami i innymi materiałami, nie miałem już wątpliwości – muszę tam być. Od ponad trzech lat cierpiałem na problemy z oskrzelami. Głównym problemem był bardzo obficie wydzielający się lepki śluz, na którego odksztuszanie potrzebowałem nawet kilku godzin dobowo. Oprócz tego w ostatnim czasie zaczęło pojawiać się uczucie ucisku w rejonie oskrzeli i związane z tym duszności. Kiedy Jezus Chrystus ukryty w Najświętszym Sakramencie chodził między ludźmi i zatrzymał się kilka metrów przede mną, poczułem, że On chce mi pomóc. Czułem się zupełnie niegodny dostąpienia takiej łaski. Po chwili, gdy proszono o uzdrowienie wszystkich osób mających problemy z drogami oddechowymi, poczułem jak gorący, „ognisty” powiew wychodzi z oskrzeli, uchodząc przez gardło i nos na zewnątrz. Zniknął ucisk i dokuczliwy śluz. Oddech stał się zadziwiająco łatwy, bez żadnych przeszkód, i tak już pozostało. Od tej chwili każdy mój kolejny oddech, każde wciągnięcie powietrza do płuc nieustanie przypomina mi o tym niewyobrażalnym cudzie, jaki uczynił Pan. Chwała Panu!

Stanisław, 32 lata

 

Po raz pierwszy uczestniczyłam w Tyskim Wieczorze Uwielbienia w  październiku 2012 roku. Kościół był pełny. Stałam w przedsionku, a było bardzo zimno. Powiedziałam: Panie Jezu bardzo chcę tu być, ale nie wytrzymam; nie wystoję, ponieważ bardzo bolą mnie biodra i kolana, i  zmarznę – przeziębię się. Od początku Eucharystii i modlitwy zostałam jakby porwana do gorącej modlitwy. Prosiłam też o moje uzdrowienie i za moich bliskich. Dobry Bóg dał mi tyle sił, że mogłam stać do samego końca (ok. 4 godziny). Było mi zimno. Na drugi dzień wstałam jak zwykle z  bólem stawów. Powiedziałam: dobrze Panie Jezu – skoro taka jest twoja wola. Następnego dnia bolało mnie trochę mniej. W następnym dniu było jeszcze lepiej. Czułam, ze jestem uzdrawiana. Po kilku dniach boleści ustąpiły całkowicie. Minęło już sześć miesięcy i nie odczuwam bólu. Mogę chodzić, wychodzić po schodach bez bólu (…) Jezu, kocham Cię, uwielbiam Cię, jesteś niezawodnym Przyjacielem.!

Janina, 74 lata

 

XXI TWU był moim pierwszym, wystarczającym by odmienić całkowicie moje życie. Przed spotkaniem z Panem, byłam pogrążona w lękach, obawach, natręctwach myślowych, dochodziło już do tego, że panicznie bałam się każdej myśli, bałam się jej destrukcyjnego wpływu na moje życie, wierząc, że każda myśl wyrządzi krzywdę mnie i innym, a Bóg nie będzie w  stanie temu zapobiec. Źle sypiałam, zaczęłam mieć fizyczne objawy typowej nerwicy lękowej. W tym czasie szukałam Boga, modliłam się, zwłaszcza do Matki Boskiej. Gdy zwracałam się do serca Jezusa Chrystusa, nie czułam tego… przez to, iż wcześniej sięgnęłam po zła książkę, która zamiast mnie przybliżyć do Jego serca, oddaliła mnie, ale próbowałam, udawałam, starałam się oszukać Jego i siebie, przez wzgląd na miłość jaką kiedyś do Niego czułam… Teraz już wiem, że kocha mnie taką jaką jestem, nie muszę nic udawać, ani wybielać się, przychodzę do Niego z  każdym problemem a pomoc zawsze nadchodzi z nieba… Wiele razy zastanawiałam się czy pójść do psychologa, ta myśl przegrywała z wiarą, że moim psychologiem jest Bóg, jeśli zechce wyleczy mnie. Szczerze mówiąc, sceptycznie podchodziłam do tego typu spotkań, tak naprawdę nie miałam ochoty przyjechać, ale po przeczytaniu świadectw z poprzednich Tyskich Wieczorów Uwielbienia zrozumiałam, że nie ma siły, która by mnie zatrzymała. Jechałam z wiarą, że wydarzy się cud, nie wiedziałam jeszcze jaki, bo intencji miałam wiele, w samochodzie pomyślałam tylko „Jezu jeśli wyjdę stąd lepsza, pełna wiary w Ciebie, to będzie już cud”. I stało się, to czego tu doświadczyłam, co usłyszałam i zobaczyłam w  Nim, nie jestem w stanie opisać tego słowami, żaden sceptyk czytając w  to nie uwierzy, musiałby to przeżyć. Cztery godziny TWU trwały jak godzina, nawet nie. Doświadczyłam tak OGROMNEJ miłości Jego do nas, że nigdy, przenigdy nie będziemy w stanie kochać tak naszego rodzeństwa, żon, mężów, dzieci, rodziców a tym bardziej obcych ludzi, chociaż dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych, przecież ciągle nad nami pracuje… dotknęłam cząsteczki nieba, pomyślałam tylko „matko, jak tam cudownie jest”, miałam wrażenie, że aniołowie tańczą nad nami, gdy Go uwielbiamy. Zatrzymał się przy mnie 2 razy, fala gorąca i zimna na przemian nawiedzała moje ciało, widziałam jak zabrał wszystkie moje obawy i lęki (wyglądało to jak dym wychodzący z mojego ciała), pokazał mi nawet niedorzeczność moich obaw i usłyszałam głos Jego stojącego przy mnie, słowa skierowane bezpośrednio do mnie „ja wiem o wszystkim, nie martw się już więcej, zabieram to od Ciebie, troszczę się o Twoją rodzinę, małżeństwo, raduj się we mnie, ale uważaj bo wróg będzie atakować”. W  tym momencie, objawy fizyczne odeszły, poczułam nieograniczoną radość, poczucie bezpieczeństwa i szok, na przemian drżałam i płakałam. W tamtym momencie nie do końca zdawałam sobie sprawę z każdego słowa skierowanego do mnie. Teraz już wiem, że nie tylko uzdrowił mnie i  umocnił w sobie, napełnił łaską, wiarą , nadzieją, ale że uzdrawia mnie i  pracuje nade mną każdego dnia. Proces uzdrawiania trwa, bo wróg czasami atakuje, ale z każdym atakiem słabnie, bo ja wzrastam w Jezusie Chrystusie i Matce Boskiej a takie ataki powodują, że z każdym dniem ufam Mu coraz mocniej. Myślę, że znaczące słowa były „raduj się we mnie”, nie wiedziałam co to znaczy, ale po tym spotkaniu pokazał mi, powiedział niejednokrotnie, że mam się nie zamartwiać tylko żyć i  radować się, a troski składać na Niego. Jestem szczęśliwa, że mnie uzdrowił, namaścił, pobłogosławił, umocnił, powołał i UWOLNIŁ. CHWAŁA CI PANIE za to, że nie ma dla Ciebie rzeczy niemożliwych, za to, że czynisz cuda we mnie każdego dnia, za to, że mnie zmieniasz, moje otoczenie, za to, że wzrastam w Tobie i z każdym dniem staję się lepszym człowiekiem, lepszym w Tobie i naszej Matce. Dziękuję Ci za to, że pokazałeś mi, że wróg karmi nas kłamstwami i okrada z radości życia, ale w Tobie mogę wszystko, mogę pokonać go ufnością w Tobie.

Monika

 

W ciągu ostatnich pięciu lat przezywałem głęboki kryzys wiary, który ciągle się pogłębiał. Byłem tego świadomy. Wielokrotnie podejmowałem próby podniesienia się, powrotu do Boga. Po sakramencie pokuty udawało mi się przyjąć Jezusa tylko jeden raz. Sakramenty święte stawały mi się coraz dalsze. Nie zamierzałem przystąpić do spowiedzi na święta Bożego Narodzenia. Tego roku wigilia wypadała w poniedziałek. Dwa dni wcześniej, w sobotę przed obudziłem się i usłyszałem w mojej głowie głos, każący mi pojednać się z Bogiem. Pojechałem 30km do bazyliki, bo tylko jeszcze tam była możliwość spowiedzi. Dostrzegłem to, że za każdym razem nie udawało mi się zmienić swojego życia, ponieważ brakowało w  nim modlitwy. Postanowiłem sobie, że muszę zacząć się modlić bo znów się nie uda. Zacząłem odmawiać brewiarz. odmawiam go do dzisiaj. Mimo wszystko miałem wątpliwości, ciągle rozmyślałem, czy Bóg jest… Wybrałem się na Tyski Wieczór Uwielbienia. To była pierwsza moja modlitwa tego typu. Nigdy wcześniej nie zagłębiłem się w modlitwie tak jak wtedy. Podczas adoracji Najświętszego Sakramentu zobaczyłem, jak dwie osoby zasnęły w Panu. Nie wiedziałem co to jest. Widziałem coś takiego pierwszy raz, niedowierzałem. Nie wierzyłem w to, choć bardzo chciałem. Trzymałem ręce rozłożone, jak kapłan podczas modlitwy, ciągle adorując Najświętszy Sakrament. Po chwili usłyszałem słowa ,,Pan Jezus przychodzi teraz do młodego człowieka, który przed chwilą zobaczył dwie upadające osoby i nie dowierza. Czekam na ciebie, chcę się z tobą spotkać, nie lękaj się”. Moje dłonie były bardzo gorące. Od tej pory nie miałem żadnych wątpliwości. Udało mi się zerwać z grzechami, które niszczyły moje życie, zabijały mnie. Moje życie bardzo się zmieniło. Moja wiara stała się bardzo głęboka. Pozostaję w łasce uświęcającej. Modlę się o  wytrwanie w wierze i ciągle podnoszę sobie poprzeczkę, aby zbliżać się do Boga.

Paweł

 

Na XXI Tyskim Wieczorze Uwielbienia, który miał miejsce 26 stycznia 2013 r., doznałem uzdrowienia, które dla mnie było czymś trochę dziwnym, a zarazem niezwykłym. Od pewnego czasu miałem problem z nogami. Odczuwałem co jakiś czas bóle w nogach, które były mocne i długo trwały. Podczas Mszy św. zaczęły mi trząść się nogi oraz poczułem wielkie ciepło w nogach, jakby ogień je przenikał. Trwało to przez całą Mszę św. aż do końca Uwielbienia. Nie umiałem zrozumieć, co się dzieje, ponieważ to było bardzo niezwykłe. Na początku myślałem, że to jest skutek tego, iż w kościele jest ciepło. Takie myśli przychodziły mi do końca Mszy św., ale potem, gdy ksiądz wystawił Najświętszy Sakrament i rozpoczęła się modlitwa, zrozumiałem, że to Pan mnie dotyka, że to On chce mnie uzdrowić, że to On chce, abym ja jeszcze bardziej uwierzył w Jego istnienie i w to, że On nade mną czuwa. Potem zacząłem mówić do Pana. Prosiłem Go, aby dalej mnie uzdrawiał i aby uzdrowił także członków mojej rodziny. I tak prosiłem przez pewien czas, aż w końcu Pan powiedział do mnie: „Pragnę uzdrowić twoich bliskich z wszelkiego rodzaju uzależnień.” Poczułem ulgę i zacząłem dziękować Bogu za to, że mnie stworzył tak cudownie, przez co mogę Go wychwalać, uwielbiać, radować się Jego istnieniem. Potem usłyszałem, że Pan pragnie uzdrowić teraz Tomasza. Przeszły mnie dreszcze. Od razu wiedziałem, że to do mnie są skierowane słowa Pana. W głębi mojego serca rozpalony był ogień, który ogrzewał mnie całego miłością Bożą. Następnie ksiądz podszedł do mnie z Najświętszym Sakramentem, co spowodowało, że jeszcze bardziej miłość Boga mnie ogarnęła. Wiem, że Pan czuwa nade mną. Chwała Panu!

Tomasz, 16 lat

 

To był mój trzeci Tyski Wieczór, w którym brałam udział. Przyjeżdżając tutaj nie miałam żadnej konkretnej intencji, ale Bóg wiedział, co jest mi najbardziej potrzebne. Podczas modlitwy, na samym początku doznałam poruszenia serca i mogłam doświadczyć tego, że Bóg mnie kocha. Choć już tyle razy w życiu słyszałam te słowa, to tak naprawdę dopiero tego wieczoru poczułam dobitnie, że tak jest rzeczywiście. Nieraz tak bardzo chciałam doświadczyć odrobiny czułości, miłości, usłyszeć, że jestem dla kogoś kimś ważnym. Mam rodzinę, można powiedzieć, że pozornie niczego w  niej raczej nie brakuje. Ale brakuje – okazywania uczuć, zwykłej rozmowy, czułości. Moja rodzina i ja sama nie potrafimy mówić o własnych uczuciach, emocjach, bardzo mało ze sobą rozmawiamy. Wiem że najbliżsi mnie kochają, ale nie pamiętam, żeby ktokolwiek powiedział mi te słowa wprost, tak po prostu „kocham cię”. A dzisiaj uczynił to sam Bóg! Drugie poruszenie nastąpiło w momencie, gdy prowadzący wskazywał w swej modlitwie na osoby posiadające lęki, kompleksy, niskie poczucie własnej wartości, problemy z akceptacją siebie. Poczułam, że to o mnie, że to wszystko pasuje. Dodatkowo, gdy prowadzący wymienił kilka imion, usłyszałam swoje własne. Bóg także tę sferę mojego życia chciał dziś dotknąć. Ostatnią rzeczą była bliskość Oblicza Jezusa. Podczas modlitwy przez chwilę przemknęła mi myśl, że tak bardzo chciałabym, aby kapłan idąc z Najświętszym Sakramentem, zatrzymał się właśnie przy mnie. Szybko jednak pomyślałam, że tu w kościele jest tak bardzo dużo ludzi, że każdy z pewnością chciałby tego samego, że jest to pragnienie raczej nierealne. Ale jednak Bóg wysłuchał mojej prośby – kapłan przechodząc przez rząd, w którym stałam, zatrzymał się bezpośrednio przede mną i  mogłam spojrzeć prosto na Jezusa. Dziękuję Panu za te wszystkie poruszenia i umocnienie mojej wiary, którego potrzebowałam. Chwała Panu!

Joanna, 23 lata

 

XXI Tyski Wieczór Uwielbienia był moim pierwszym. Wcześniej modliłam się już taką modlitwą. Na początku miałam nie jechać. Napisał do mnie przyjaciel i zgodziłam się, i przyjechałam. Przez całą mszę świętą cały czas strasznie bolał mnie brzuch i kręgosłup. Obawiałam się też po raz kolejny zakochać. Nie chciałam, żeby ktoś mnie zranił. Nie chciałam po raz kolejny tego przeżywać. Na wystawieniu Najświętszego Sakramentu doznałam spoczynku w Duchu Świętym. Poleciałam na podłogę. Na początku nie potrafiłam zrozumieć ani słowa, które były mówione przez ludzi w  kościele. W pewnym momencie usłyszałam słowa, które przebiły się przez te wszystkie glosy. Usłyszałam: „Marta, nie bój się przyjąć miłości. A  potem będziecie szczęśliwi.” Na początku tego nie rozumiałam. Do końca wieczoru byłam przejęta tym, co się stało. Przestał też mnie bolec brzuch i kręgosłup, i do końca wieczoru nie odczuwałam już bólu. Cieszyłam się, że to mnie Pan tak mocno doświadczył. Wróciłam, a  następnego dnia zrozumiałam, że Pan daje mi ogromną miłość. Przyjęłam ją i jestem naprawdę szczęśliwa.

Marta, 17 lat

 

To był mój drugi Tyski Wieczór Uwielbienia. Sam do końca nie wiem, czemu pojechałem, może szukać odpowiedzi w końcu na dalsze życie. Msza, Komunia, patrzenie, jak ksiądz ją rozdaje, i myśl, aby zobaczyć w tym kawałku chleba… Takie zmuszanie siebie: „przecież Go przyjąłem, a tu nic, nie czuję tego”. Po Mszy nastąpiła adoracja, a w moich myślach krążyły różne pytania i nadal to samo: Jestem, no i to samo, co zawsze: ludzie i ksiądz i monstrancja. Moje myśli wtedy biegły, może gdzieś jednak usłyszy: „Pozwól uwierzyć w końcu, uwolnij mnie z tego, co dręczy, pozwól poczuć, że jestem dla Ciebie, chociaż dla Ciebie ważny, bo jak na razie tylko to słyszę, i tylko tyle”. W pewnym momencie nastąpiło przejście z monstrancją przez kościół. Intuicyjnie człowiek szedł wzrokiem, nadal myśląc i prosząc. Zapragnąłem wtedy, aby ksiądz podszedł jak najbliżej mnie. Stało się, ksiądz stanął przed mną z  monstrancją. Te kilka centymetrów od twarzy to niby nic, ale to był właśnie ten moment, gdy poczułem, jakby coś mnie zaczęło przygniatać, a w środku jakby coś zaczęło się rwać i uciekać. Spojrzałem na monstrancję, ale wtedy zobaczyłem Jego, jak pochyla się nade mną… Poczucie syna marnotrawnego: myślałem, że dostanę kolejny „ochrzan”, lecz wtedy padły słowa, że Pan właśnie uwalnia mężczyzn ze zniewolenia masturbacją i  pornografią. Wtedy już „poszło”. Czułem, że to do mnie. Łzy popłynęły, a  ja czułem ciepło, gorąco w klatce, zacząłem mocno i ciężko oddychać. Gdybym nie wiedział, co się dzieje, pewnie wybiegłbym z kościoła, dlatego poddałem się Jemu, bo wiedziałem, do czego to zmierza. Zwieńczeniem tego wszystkiego były słowa: „Pan teraz mówi do mężczyzny w  szarej bluzie polarze, aby odrzucił swoje niedowiarstwo i uwierzył”. Spojrzałem na siebie i już wiedziałem… Zamknąłem wtedy oczy i poczułem ciepło, a w uszach zabrzmiały języki, glosolalia. Nigdy wcześniej tak mocno nie poddałem się temu darowi jak wczoraj. Wiedziałem, że zaniedbywałem swoje dary, trzymałem dla siebie: modlitwa, słowo, obrazy. Powiedziałem: „Działaj”. Wtedy, pamiętam, nagle doświadczyłem jedności z  myślą prowadzącego, za kogo potrzeba się modlić, gdy padały proroctwa. Później do głowy wpadały konkretne osoby z mojego życia, z pracy, oraz słowa: „Potrzebuję modlitwy za nich od ciebie”. W tym całym zdarzeniu, nie pamiętam już kiedy, przyszły słowa z J 16, 11-15. Utwierdzają mnie one w przekonaniu, aby nie bać się tego, co dostajemy, bo Bóg chce dać wiele, bo nas potrzebuje. Jesteśmy Jego rękami, głosem, słuchem, nogami. Czas służyć, działać, bo życie już nie będzie takie samo. I jeszcze dbać o to, co się dostało. Chwała Panu!

Marek, 28 lat

 

Chciałam podzielić się moimi odczuciami z ostatniego, XXI TWU. Wiąże się to bezpośrednio z udziałem we wcześniejszym, XX Wieczorze Uwielbienia, który był pierwszym, na jaki w końcu udało mi się przyjechać. Niesamowitym uczuciem było, gdy mogłam usłyszeć, jak Jezus Chrystus uzdrawia swoich wiernych. Szczególnie przeżyłam moment, w  którym zwracał się do kobiety, która poddała się aborcji. Jednak to, co czułam wtedy, jest nieporównywalne do tego, gdy mogłam usłyszeć, jak parę miesięcy później są odczytywane świadectwa tych uzdrowionych! To się dzieje naprawdę! Bóg może wszystko! Chwała Panu!

Joanna

 

XXI Wieczór Uwielbienia był moim pierwszym, ale już dziś wiem, że jeśli Bóg pozwoli, będą kolejne. Moje życie stanęło na rozdrożu. Rozsypały się małżeńskie plany. Moje serce przepełnia ból. Jechałam więc do Tychów z ogromną nadzieją, że otrzymam wskazówkę, jak dalej żyć. Że Bóg w  swoim miłosiernym sercu obmyje moje krwawiące serce. Cały wieczór przepełniało mnie ogromne wzruszenie. Co rusz ocierałam cisnące się do oczu łzy, które uniemożliwiały śpiew. Pozostała więc cicha modlitwa. Przyjęcie Komunii św. wywołało głośny szloch. Poczułam Jego dotknięcie. On jest przy mnie! Pociesza mnie! Może nie rozwiązałam tego wieczoru swoich życiowych problemów, upewniłam się jednak, że mam w życiu Pocieszyciela. Najlepszego! Takiego, który będzie przy mnie bez względu na wszystko. Chwała Panu!

Magda

 

W sobotę 26 stycznia 2013 byłam przeziębiona i nie planowałam wyjazdu na Tyski Wieczór Uwielbienia. Wcześniej byłam dwukrotnie. Jednak pojechałam. Od 11 lat choruję na serce. Groziła mi operacja zastawki. W  czasie adoracji źle się czułam, bolała mnie głowa i gardło. Nie mogłam się skupić ani śpiewać. Trwałam tak w ciemności, patrząc tylko na Jezusa. Kiedy usłyszałam, że teraz Jezus uzdrawia osoby chore na serce, powiedziałam: „Jezu, a może moje serce też uzdrowisz?” Trzy dni później podczas badania pani kardiolog powiedziała, że zastawka 10 lat po plastyce pracuje bez zarzutu i operacja nie jest potrzebna. Jestem szczęśliwa i dziękuję Ci, Jezu, za Twoją wielką Miłość. Chwała Panu!

Danuta, 59 lat

 

Pragnę podzielić się swoim świadectwem, aby ci, którzy mają wątpliwości, oddali się w ręce Pana, bo On jest światłem i życiem i  każdego, kto się do Niego zwróci, przeprowadzi przez wszystkie drogi życia. XXI Tyski Wieczór Uwielbienia był pierwszym, na który pojechałam. Tego dnia strasznie byłam słaba i w mojej głowie kołatały myśli: Odpuść sobie, po co tam jedziesz. Tym więcej pragnęłam pojednać się z Panem w  sakramencie pokuty. Chciałam to zrobić w swojej parafii, gdzie zawsze o  17 jest spowiedź i wystawienie Przenajświętszego Sakramentu, ale tego dnia nie było spowiednika. Wiedziałam, że to jest znak, że pojednam się na Tyskim Wieczorze Uwielbienia. Kiedy stałam w kościele, byłam cała zalękniona, zdruzgotana, przytłoczona życiem z trzeźwiejącym mężem alkoholikiem, od którego chciałam odejść. Łzy same spływały mi po twarzy, nie mogłam ich powstrzymać. Robiąc rachunek sumienia widziałam bolesne sceny z mojego życia, o których nigdy nie myślałam. Podczas adoracji, modląc się i płacząc, podniosłam oczy i zobaczyłam Pana, który zatrzymał się tuż nade mną. Potem prowadzący wypowiedział słowa: „Teraz, Panie, prosimy Cię, ulecz zranione serca i daj pokój…” – tu padło kilka imion, w tym także moje –  „…Joannie”. Poczułam ogarniające ciepło i nie mogłam złapać oddechu. To był moment, kiedy Pan uleczył moją duszę, doznałam spokoju i radości w sercu. Chwała Panu!

Joanna

 

Nie jestem przekonana, czy powinnam mówić i pisać o swoich odczuciach po Tyskim Wieczorze Uwielbienia, nie jestem przekonana, ponieważ wydaje mi się to intymnością duszy, która właśnie tam powinna zostać, jednak po namowie pewnego księdza i długich przemyśleniach postanowiłam podzielić się z wami właśnie tym, co mnie dotknęło. Powinnam zacząć od tego, że nie bardzo chciałam jechać do Tychów. Jestem osobą, która z ogromnym trudem pokazuje i mówi o swoich uczuciach, więc nie uśmiechał mi się wyjazd, gdzie wszyscy otwarcie mówią o miłości i to miłości do Boga, a  przecież ja sama nawet nie byłam pewna, czy w Niego wierzę. Złożyło się tak, a nie inaczej, że jednak pojechałam po raz pierwszy. Dzisiaj wiem, że to nie było przypadkowe. Nie osiągnęłam tam nirwany, nie doświadczyłam objawień, uwolnienia, uzdrowienia, nie spoczęłam w Duchu Świętym, po prostu byłam tam obecna, na początku nawet tylko ciałem. Siedziałam i zastanawiałam się: „Co ja tutaj robię?”. Po pewnym czasie klęknęłam, zamknęłam oczy i Bóg sam do mnie przyszedł, nie w  fajerwerkach, ale w ciszy serca. Poczułam, że jest. Tak po prostu i  zwyczajnie. Nie jako ostry i surowy, ale delikatny i kochający. Płakałam, długo płakałam, i w tej chwili zobaczyłam, jak długo żyłam daleko, jak szukałam nie tam, gdzie powinnam. Jakieś cudowne ciepło napłynęło tego wieczoru do mojej duszy. Cieszę się, że tam byłam. Myślę, że wszystko to, co wydarzyło się w moim życiu, wszystkie zranienia, zwątpienia, że to wszystko musiało się wydarzyć, bym dopiero teraz dostrzegła taki łaskawy obraz Boga i odnalazła Jego obecność. Boże, bądź uwielbiony!

Weronika, 20 lat

 

Nazywam się Piotr. Za cztery miesiące ukończę 60 lat. Piszę te słowa na drugi dzień po zdarzeniu, aby nic nie uronić z tego, czego doświadczyłem osobiście. 26 stycznia 2013 roku zawiozłem grupkę chętnych do uczestniczenia w XXI Tyskim Wieczorze Uwielbienia. Nigdy nie myślałem, aby wybrać się indywidualnie na te czuwania, ale skoro już przyjechałem, to osobiście także brałem udział w tej ceremonii drugi już raz. Tym razem wspólnie z żoną. Po mszy św. zgodnie z informacją podaną przez księży prowadzących postanowiliśmy pójść do auli Jana Pawła II, gdyż w kościele ścisk był niemiłosierny i nie było miejsca, aby rozłożyć przyniesione ze sobą stołeczki. Faktycznie w auli był luksus i  usiedliśmy na krzesłach w przedostatnim rzędzie. Po wystawieniu Najświętszego Sakramentu i dłuższej chwili skupienia w pozycji klęczącej zacząłem się wpatrywać w przedstawionego nam Chrystusa. Po dłuższej chwili zaczęło mi się wydawać, że Biały Krążek w monstrancji zaczyna jakby być coraz bardziej niebieski. Na koniec tego złudzenia chyba zaczął lekko świecić. Było to bardzo realistyczne, a jednocześnie jakieś wewnętrzne ciepło przeszło mnie od klatki piersiowej do czubka głowy. Z wrażenia łzy popłynęły mi po policzkach, że chyba osobiście doświadczyłem obecności Chrystusa. Było to jednak wrażenie krótkotrwałe, raptem kilkadziesiąt sekund i dalej wsłuchiwałem się w śpiewy i  modlitwy prowadzone w kościele. Po dłuższej chwili kapłan zdjął monstrancję, aby błogosławić zebranych. W tym momencie coś wewnętrznie mną szarpnęło w bok tak, że musiałem oprzeć się o żonę aby nie upaść. Potrąciłem nawet stojące za mną krzesło. Znowu poczułem ten jakiś bliżej nieokreślony żar i wewnętrzne dygotanie. Było to także odczucie krótkotrwałe. Zacząłem powierzać siebie obecnemu tu Chrystusowi, bo miałem wrażenie, że faktycznie jest obecny wśród nas. Modliłem się za siostrzeńca, który jest ateistą, i całą moją rodzinę. W myślach łączyłem się także z tymi wszystkimi ludźmi, za których modlono się w kościele. Czułem, że muszę się stopić w jedno z tymi uczestnikami w kościele, i że to właśnie zbiorowa modlitwa przynosi skutki. Trzeci raz doświadczyłem osobistej ingerencji we mnie, jak w kościele wymieniano wszystkie te choroby, które polecane są Chrystusowi. I teraz znowu biały krążek w  monstrancji robił się coraz bardziej niebieski i znowu żar ogarnął mnie wewnętrznie. Zacząłem dygotać i myślałem, że zacznę krzyczeć. Jednocześnie znowu łzy pociekły mi po policzkach, tak że nie nadążałem ich wycierać. Ściskałem jednocześnie rękę żony, która myślała, że chwycił mnie jakiś atak. Po tym wszystkim poczułem niesłychaną ulgę i  odprężenie. Siedziałem tylko na krześle i powoli przychodziłem do siebie. W moim wieku, jak prawie każdego, zawsze pobolewa kręgosłup, szczególnie w okolicach lędźwi, i mięśnie karku, gdyż dużo jeżdżę samochodem. Na razie mniej mnie boli, ale wszystko zostawiam woli Bożej. Może coś tam we mnie uleczył, a może zdarzy się coś innego. Doświadczyłem przed kilku laty uzdrowienia w bazylice pszowskiej, kiedy podczas mszy św. chwycił mnie nagły ból w klatce piersiowej. Po oddaniu siebie w opiekę Matce Bożej i całkowitemu zawierzeniu się Jej woli ból ustał. Wtedy i obecnie było to bardzo realistyczne i subiektywne odczucie. Myślę, że jednak Ktoś wielki nad nami czuwa. Wystarczy tylko Mu zawierzyć. Po upływie dwóch tygodni od Tyskiego Wieczoru Uwielbienia stwierdzam, że bóle w karku i lędźwiach jednak ustąpiły. Czuję tylko lekki ucisk w tych miejscach, ale już nie boli tak ostro. Chwała Chrystusowi!

Piotr, 59 lat

 

To był mój kolejny Tyski Wieczór Uwielbienia, nie wiem już który. Jestem kapłanem i od kiedy mieszkam w Tychach, mam możliwość uczestniczenia w każdym Wieczorze Uwielbienia i staram się być. Pamiętam, że wcześniej pokonywałem kilkadziesiąt kilometrów, by móc uczestniczyć w modlitwie i wielbieniu Boga w Tychach. Po skończonych odwiedzinach duszpasterskich zdecydowałem się, że idę. Nie miałem większych oczekiwań. Chciałem łączyć się w modlitwie budując naszą wspólnotę oazową, oddać Chrystusowi te wszystkie trudne sprawy i tych wszystkich, których odwiedzałem na kolędzie. Chciałem również oddać Panu siebie, moje zadania, obowiązki i tych, których przeze mnie kształtuje i  prowadzi. Sprawowałem Najświętszą Ofiarę, a kiedy rozpoczęła się adoracja i wielbienie Boga, uświadomiłem sobie, jak wiele jest serc, które czekają na Chrystusa i Jego uzdrawiającą moc. Wspólna modlitwa charyzmatyczna Kościoła stawała się udziałem każdego, komu było dane tam być. Kapłan chodził z Najświętszym Sakramentem po świątyni i  błogosławił ludzi – sam Chrystus przechadzał się pośród nas, uzdrawiał na duszy, na ciele i błogosławił. Wtedy uświadomiłem sobie, że rzeczywiście Pan jest blisko, Ten sam Chrystus wczoraj, dziś i na wieki. Z niecierpliwością czekałem, jak Jezus będzie przechodził obok mnie. Oddawałem Panu to wszystko, co jest udziałem mojego życia, to, co dla mnie i przeze mnie czyni. Prosiłem Go o siły na dalszą posługę. Słysząc proroctwa i widząc, jak osoby zasypiają w Panu, miałem świadomość, że Pan czyni to, co jest Jego wolą. Naocznie daje się nam poznać, że jest On żywy i prawdziwy, że jest naszym najlepszym Lekarzem. Chrystus był coraz bliżej mnie. Zatrzymał się na mojej osobie. Ja swój wzrok utkwiłem w Panu, mówiąc Mu: „Jezu, ufam Tobie, nie jak ja, ale jak Ty, Panie”. Zasnąłem w Panu. Chrystus dotknął mnie, mojego serca, i uzdrowił. Po błogosławieństwie końcowym jedna z sióstr zakonnych skierowała do mnie słowo. To sam Jezus dał mi tę ważną wskazówkę do mojej posługi kapłańskiej. W Jezusie jest moc i siła! I wszystko możemy w Tym, który nas umacnia! Cieszę się, że było mi dane tam być. Po raz kolejny doświadczyłem żywego działania Chrystusa. Chwała Panu!

ks. Grzegorz

 

Na XXI Tyski Wieczór Uwielbienia pojechałam nie mając jakiejś konkretnej intencji dotyczącej mojej osoby. Raczej chciałam modlić się za innych, a w moim sercu tych intencji zawsze jest sporo. O sobie nigdy nie pamiętam, odkładam swoje sprawy na drugi plan, a może nawet i  znacznie dalej. Chciałam też podczas tej modlitwy spojrzeć na Pana Jezusa z wdzięcznością i uwielbieniem. Już kilka dni przed wyjazdem czułam, że powinnam przystąpić do sakramentu spowiedzi. Jednak każde takie „podejście” sporo mnie kosztuje i często do kratek konfesjonału zaglądam po długiej przerwie z ogromnym lękiem. Podczas Mszy Świętej i  modlitwy czułam, że ciąży na mnie obowiązek skorzystania z tego Sakramentu. Szczególnie, że początek modlitwy także był ukierunkowany pod kątem spowiedzi. Jednak nie do końca rozumiałam, dlaczego aż tak bardzo wszystko we mnie o to woła, nie byłam przygotowana. Po jakimś czasie pomyślałam sobie i skierowałam takie słowa do Pana Jezusa: „Wiesz co, Jezu… Ty to już chyba nie masz mi nic do powiedzenia, szczególnie w takich miejscach, w których jest taki ogrom ludzi, bo ja przecież jestem zamknięta na ludzi, na Ciebie…” Pewna tego, co powiedziałam, „przykucnęłam” sobie na podłogę. Zaraz po tym usłyszałam: „Magdaleno!” Od razu wiedziałam, że to do mnie, spojrzenie mojej bliskiej przyjaciółki także było potwierdzeniem na to, że to do mnie. Ręce zaczęły mi drżeć, polały się łzy, nie potrafiłam przestać płakać, a przy tym złapać oddechu. Pan Jezus powiedział mi, że wszystkie trudności, które przeżywam, biorą się z nieprzebaczenia mamie. Pomyślałam: „No tak…” Nazywam ją szatanem, rozmowy na jej temat urywam, gdy słyszę „jesteś jak Twoja matka”, wpadam w złość. Dla mnie przebaczenie jej równało się z akceptacją tego, co robi, jak się zachowuje. Nigdy nie miałam z nią relacji, od samego początku opuściła mnie emocjonalnie, odkąd pamiętam, zawsze chciałam, by zniknęła z mojego życia, i tak też się stało po rozwodzie rodziców, jednak nawet wtedy zadawała mi kolejne rany. Nawet się za nią nie modliłam. Podczas tego Wieczoru przystąpiłam do sakramentu pokuty i pojednania, by oddać sprawę mamy, a po nim do dziś modlę się o łaskę przebaczenia, nie bronię się przed tą prawdą, a  także czuję ogromne pragnienie częstszego przystępowania do spowiedzi świętej niż do tej pory. Szczególnie myślę o niej podczas codziennej Eucharystii przy słowach: „…i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Kwestia spowiedzi i przebaczenia mamie to dla mnie bardzo trudne sprawy, do końca jeszcze nie wiem, jak się z  nimi uporam. Ufam, że On ma najlepszy plan. Relacja z mamą bardzo negatywnie odbiła się na moim życiu, relacjach z innymi. Dopiero od roku próbuję „układać” i kochać siebie, a przy tym i innych. Od 5 lat mieszkam w domu, w którym mam przykład prawdziwej relacji matki i córki, która ma ogromne znaczenie przy moim uzdrowieniu, więc myślę, że Pan Bóg ma mnie w dobrych rękach. Chwała Panu!

Magdalena, 23 lata

 

Na Tyskim Wieczorze Uwielbienia byłam po raz trzeci. Z utęsknieniem i  nadzieją czekałam na ten dzień. Ostatnie czasy były dla mnie bardzo trudne, cierpienia duchowe nie odstępowały mnie na krok. Nadzieję czerpałam tylko z modlitwy. Nawet nie pomyślałam o tym, że uzdrowienie dotknie mnie i moją rodzinę tak wyraźnie, tak osobiście. Od wielu lat przytłaczają mnie problemy rodzinne, zwłaszcza na sercu leży mi los moich dzieci, które duchowo oddalają się od Boga i Kościoła. Szczególnie jedna z córek otwarcie okazywała swój bunt, co bolało mnie szczególnie… Ja sama miałam bardzo trudne dzieciństwo, samotność, strach, cierpienie… i w głębi serca żal do rodziców… W pewnym stopniu zgotowaliśmy naszym dzieciom podobny los: czują się przez nas skrzywdzone, mają problemy emocjonalne, choć kochałam i kocham tak, jak potrafiłam. Stanęłam w długiej kolejce do spowiedzi, prosiłam Pana Jezusa o dobrą spowiedź, choć nie potrafiłam się wcześniej skupić. Spowiedź była dla mnie ogromnym darem. Poprzez spowiednika Pan Jezus przekazał mi, że najpierw muszę wybaczyć sama sobie. Zapłakana wstałam od konfesjonału, a tu słyszę, że Pan Jezus uzdrawia rodziny, ich relacje między rodzicami i dziećmi. Jestem szczęśliwa, ale to nie koniec. Padają słowa: „Jest tu matka, która bardzo cierpi z powodu córki, martwi się o jej duszę…” I dalej, że Matce Bożej miłe są moje modlitwy i  abym nie ustawała w nich. Poczułam ciepło i miłość rozlewającą się w  moim sercu, wiedziałam, że to do mnie, bardzo osobiste przesłanie. Że Pan Jezus o wszystkim wie, jest przy mnie, czuwa, zna moje myśli, pragnienia, cierpienia… Od tego czasu problemy nie znikły, nawet w  niektórym stopniu się nasiliły, ale jestem silniejsza, ze zdwojoną siłą modlę się i ofiaruję wszystko Jezusowi, a przede wszystkim wiem, że idę dobrą drogą, najlepszą. Chwała Panu!

Elżbieta

 

Był to kolejny Wieczór Uwielbienia, w którym uczestniczyłam. Czekam na nie z niecierpliwością. Za każdym razem nabieram sił i ładuję swe akumulatory na dalsze życie i prace. Teraz mniej odczuwam dolegliwości kręgosłupa i nawet nogi mniej mnie bolą – mogę się swobodnie poruszać i  pracować. Jestem nawet – czasem tak myślę – młodsza, niż to było jeszcze pięć lat temu. Chwała Panu!

Maria, 59 lat

 

Po uczestnictwie w Tyskich Wieczorach Uwielbienia znacznie poprawił się sen. Chwała Panu!

Teresa