Facebook
Centrum Duchowości

Centrum Duchowości Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Katowickiej
przy parafii błogosławionej Karoliny Kózkówny w Tychach
tel.: 884 927 067; @: sekretariat@centrumduchowosci.pl

Świadectwa z 38. oraz niepublikowane wcześniej świadectwa z TWU

Świadectwa z 38. TWU >>

Niepublikowane świadectwa z wcześniejszych Tyskich Wieczorów Uwielbienia

Druga połowa czerwca tego roku, była dla mnie okresem bardzo intensywnych przygotowań do pewnego egzaminu zawodowego. Jak łatwo się można domyśleć, przekładało się to również na samo uczestnictwo w 37. Tyskim Wieczorze Uwielbienia. W to wszystko wkradł się podszept złego, który wciąż powtarzał mi, że moja prawdziwa wartość zależy wyłącznie od uzyskanego wyniku. Będąc na mszy świętej poprzedzającej uwielbienie, postanowiłem to wszystko oddać Bogu. Gdy rozpoczęła się Komunia święta, zacząłem, podobnie jak setki innych osób, powoli przesuwać się w stronę ołtarza, by przyjąć Pana Jezusa. W pewnym momencie, gdy byłem jakiś metr od kapłana, poczułem w sobie niesamowicie intensywną miłość, rozlewającą się po całym ciele. Doświadczyłem pełnej akceptacji i jednoczesnego poczucia własnej wartości w oczach Boga. Nagle okazało się, że On kocha mnie, a nie moje osiągnięcia. Uczucie to było tak silnie, że napełniało mnie radością jeszcze przez kilka następnych dni. Chwała Panu!

Krzysztof, 29 lat

 

Na 36. Tyskim Wieczorze Uwielbienia zostałem uzdrowiony z małej, według mnie, uciążliwości. Ganglion na prawym nadgarstku, o pokaźnej średnicy 2 cm, nie chciał zniknąć i po dwóch zabiegach punkcji i odsysania powracał na swoje miejsce. Nie sprawiało to bólu, ale wyglądało nieestetycznie. Pogodziłem się już z tym, że czeka mnie normalna operacja wycięcia tego pod narkozą. Jednak nie przyjechałem na Wieczór z tą intencją. W sumie to nie przyjechałem z żadną intencją. Podczas modlitwy usłyszałem, że Pan uzdrawia teraz wszystkie osoby ze zwyrodnieniami stawów itp. I jakie było moje zdziwienie, gdy po paru miesiącach ganglion znikł całkowicie bez konieczności wizyty w szpitalu. Byłem zaskoczony, że Pan zajął się taką błahostką, gdy specjalnie nie modliłem się o cud uzdrowienia z tego. Ale jestem bardzo wdzięczny, że znikł i nie muszę zahaczać o szpital. Myślę, że Bóg chciał mi powiedzieć przez to, bym zaprosił go nie tylko do moich wielkich życiowych spraw i marzeń, ale do wszystkiego cokolwiek robię, bo z Nim wszystko staje się jakoś lepsze, jaśniejsze i pełniejsze. Chwała Panu!

Jan, 20 lat

 

37. TWU był moim drugim Wieczorem Uwielbienia. Długo wahałam się z napisaniem świadectwa, bo w głowie tłukło mi się pytanie: „po co?”. Przecież inni lepiej napiszą, ciekawiej, mają większe przeżycia. Jednak cały czas słyszałam: „daj świadectwo”. 

Na ten Wieczór jechałam z moją sześcioletnią córką Julią. Jechałam, aby pomodlić się za innych, ale też w trakcie Wieczoru oddałam Bogu moje małżeństwo. A potem usłyszałam słowa wypowiadane przez prowadzącego: „Pan Bóg uzdrawia tych, którzy czują się samotni, samotni w związkach, zranieni w sercach (...)”. Poczułam w sercu ogrom ciepła, jakby coś we mnie pękło. Łzy same leciały mi po twarzy. Bo przecież nieraz czułam się samotna w tym naszym małżeństwie, ponieważ mój mąż pracuje daleko od domu i trudno nam czasem się porozumieć. Poczucie osamotnienia często dawało mi się we znaki.

Po tym Wieczorze Pan Bóg dał nam taki czas i możliwość spokojnych, pełnych ciepła rozmów, których dawno już nie było między nami. A ja przestałam się czuć taka samotna w tym małżeństwie. Mam pewność, wiem, że Pan Bóg jest z nami, jest przy mnie w każdej chwili i wspomaga mnie. Chwała Panu!

Małgorzata 43 lata

 

Uczestniczyłam w 37. Tyskim Wieczorze Uwielbienia, na który przyjechałam ze swoją małą córeczką. Mnie i mężowi było bardzo ciężko, gdyż nie potrafiliśmy w żaden sposób pomóc swojemu dziecku, które miało duże problemy emocjonalne. Razem z mężem odczuwaliśmy ogromną bezradność. Codzienny płacz, ogromne dziecięce frustracje, lęki, nieuzasadnione dla nas obawy, nerwobóle naszego dziecka sprawiały, że zadawaliśmy sobie z mężem pytanie dlaczego jej dzieciństwo musi być takie trudne. Ciężko nam było normalnie funkcjonować. Kiedy córka zasnęła mi na rękach w czasie uwielbienia, usłyszałam pierwsze słowo poznania i popłynęły mi łzy. Byłam przekonana, że to słowo jest skierowane właśnie do naszej rodziny. Usłyszałam, że jest tutaj z nami ok. 33-letnia mama ze swoim dzieckiem, które ma problemy emocjonalne i ucieka gdzieś w swój świat, przez co niszczą się relacje rodzinne. I że Pan Jezus chce nam pomóc. Na kolejnym Wieczorze Uwielbienia usłyszałam, że są wśród nas mamy, które martwią się o swoje dzieci i Pan Jezus mówi, aby Mu zaufać. Pełna nadziei wróciłam do domu i choć nie od razu było dobrze, z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że odżyliśmy jako rodzina. Nieuzasadnione frustracje, lęki i negatywne emocje, nerwobóle minęły. Możemy cieszyć się sobą, dziećmi i spokojniej żyć. Nasza córka nabrała pewności siebie i często się uśmiecha. Za to wszystko Chwała Panu!

Anna, 34 lata

 

Przez ostatnie kilka miesięcy wielokrotnie obiecywałam sobie, że opiszę swoją historię i podzielę się moim świadectwem z innymi ludźmi, po pierwsze dlatego, że czułam wewnętrzne zobowiązanie, żeby w jakimś stopniu móc się odpłacić za to co mnie spotkało, a po drugie dlatego, że być może przy odrobinie szczęścia, stanie się ono inspiracją dla kogoś kto tak jak ja kiedyś, jest na życiowym zakręcie. Dużo czasu zajęło mi podjęcie się napisania tego tekstu. Nigdy nie czułam się dostatecznie gotowa. Dziś jestem w drodze na kolejne spotkanie w Tychach i piszę te słowa. Moja historia sięga stycznia 2014, kiedy pierwszy raz postanowiłam wybrać się na nabożeństwo w Karolinie (Tyski Wieczór Uwielbienia w parafii pw. bł. Karoliny w Tychach). Moja mama brała udział w jednym z Wieczorów i jej opowieść wzbudziła we mnie zainteresowanie. Nie głęboką wiarę, ale właśnie zwykłą ludzką ciekawość, a także pewną nadzieję na to, że może i mnie dostanie się własny mały cud. Tym sposobem razem z przyjaciółką postanowiłyśmy się wybrać do kościoła. Miałam wtedy 21 lat.

Z tego dnia pamiętam szczególnie wyraźnie trzy elementy. Po pierwsze, że odczuwałam prawdziwe zniechęcenie, jakby coś wewnętrznie odciągało mnie od wybrania się do kościoła. Podobnymi odczuciami podzieliła się ze mną w drodze na mszę moja przyjaciółka. Po drugie, pamiętam tłum ludzi, który spotkał mnie na miejscu, nie spodziewałam się, że msza w Tychach może przyciągnąć tylu ludzi co sporych rozmiarów koncert. Miejsca siedzące udało się nam znaleźć w kaplicy pod kościołem. Siedziałyśmy w pierwszej ławce, bardzo blisko Najświętszego Sakramentu. Szczęśliwy zbieg okoliczności lub, być może, to był jeden z moich małych cudów. Trzecie co pamiętam to to, że w czasie mszy poprzedzającej nabożeństwo czułam się fatalnie. Naprawdę miałam fizyczne poczucie, że muszę stamtąd wyjść i odsunąć się jak najdalej od tego miejsca. Potem rozpoczęło się nabożeństwo i zaczęła się dla mnie prawdziwa jazda bez trzymanki. Gdy zaczęły się modlitwy uwielbienia, poczułam w środku siebie, nie wiem, jak to nazwać - w sercu, duszy, mojej głowie - emocje, które były tak silne i intensywne, że żadne słowa nie oddadzą ich głębi i złożoności. Zmieniały się jak w kalejdoskopie. Czułam miłość. Te wszystkie uczucia, które ją tworzą: bezpieczeństwo, pewność, szczęście, bliskość, zaufanie, spełnienie. Równocześnie czułam wstyd. Wstyd za zło, które wyrządziłam w swoim życiu sobie i innym ludziom. Wstyd, że działałam przeciwko tej niesamowitej sile, która tak namacalnie otoczyła mnie sobą w tym momencie i okazała potęgę swojej miłości. Wstyd, który spowodował, że płakałam jak małe dziecko. Nie byłam w stanie powstrzymać łez, razem z którymi uciekał ze mnie żal, tęsknota, wszystkie rany, które były w moim sercu, żal za grzechy, których nie umiałam sobie wybaczyć, żal za tym co straciłam. Widziałam, że klęcząca obok mnie Hania też płakała. Spędziłam na klęczkach całe nabożeństwo. Nie wiem jak mi się to udało, ale w ogóle nie czułam upływającego czasu. To co przeżywałam w swoim sercu było tak absorbujące, że czas dla mnie zmienił swój bieg. Przeżywałam duchowe uzdrowienie. Ten dzień mnie zmienił. To był początek długiego procesu, ale zapoczątkowanego w tak niezwykły, namacalny sposób, że udawanie, że nic się nie wydarzyło, nie wchodziło w grę. Miałam szczęście. Doświadczyłam siły Boga na samej sobie i wiedziałam, że to dar, ale i zobowiązanie, żeby stać się lepszą osobą niż byłam dotychczas. Mimo tak bezpośredniego kontaktu z Bogiem wciąż momentami odczuwałam zwątpienie. Szczególnie przez pierwsze tygodnie po tym wydarzeniu. Czasem czułam jakby niewidzialną siłę, która nakierowywała moją świadomość w stronę różnego rodzaju złych myśli, ale walczyłam z nią i wierzyłam. Choć mogłoby się wydawać, że to czego doświadczyłam to więcej niż dość, to okazało się, że nie był to koniec niespodzianek, które na mnie czekały. W czerwcu tego samego roku kolejny raz wybrałam się do Karoliny na TWU. Nie miałam żadnej prośby dotyczącej mojego życia. Chciałam dziękować, chciałam tam po prostu być i znowu poczuć tę miłość. Nabożeństwo się rozpoczęło, modliłam się, obserwowałam to co się działo i mimo tego, że nie prosiłam, to otrzymałam.

W czasie modlitwy za chorych psychicznie, chorych na depresje i nerwice, poczułam, jak moc dotyka mojego serca. Czułam niezwykłego rodzaju przyjemne, rozgrzewające ciepło, które się we mnie rozpływało. Nie było straszne, było dobre, po prostu to wiedziałam. Jeśli miałabym to jakoś opisać to porównałabym to do odczuwania miłości, po prostu ją czujesz i wiesz, że to ona. Gdy pojawiło się we mnie owo ciepło, poczułam, jak znika ze mnie ciężar, który nosiłam ze sobą od pięciu lat. Poczułam, jak znika moja nerwica.

Teraz pozwólcie, że opowiem wam trochę o sobie, łatwiej będzie wam zrozumieć co się stało. W wielkim skrócie, moja historia zaczyna się, gdy miałam 14 lat i zaczęłam eksperymentować ze środkami odurzającymi. Początkowo okazjonalnie paliłam trawkę, brałam tabletki z apteki, które powodowały halucynacje, upijałam się z przyjaciółmi. W wieku niecałych 17 lat pierwszy raz sięgnęłam po twarde narkotyki, amfetaminę, mefedron, LSD, wszystko co pozwalało mi się dobrze bawić. W tamtym czasie marihuanę paliłam już codziennie. Alkoholu piłam mniej, bo był dla mnie za słaby. Taki tryb życia, połączony z brakiem dbania o siebie, rozsypującymi się przez moje uzależnienie relacjami z rodziną i przyjaciółmi, kłamstwami, którymi żonglowałam każdego dnia, aby ukryć w szkole i w domu swoje drugie życie, doprowadził mnie do załamania nerwowego. Zachorowałam na nerwicę. Nie byłam w stanie nic zrobić, miałam stany depresyjne i lękowe, nie rozmawiałam z rodzicami, siostrą, przyjaciółmi, czułam się słaba i bardzo, bardzo nieszczęśliwa. Przyszedł moment, kiedy po kilku pozbawionych snu dniach, wciągnęłam o jedną kreskę za dużo. Myślałam, że umieram, ale tak się nie stało, żyłam, i po tym dniu postanowiłam, że muszę stanąć na nogi, bo inaczej pewnego dnia naprawdę się wykończę. Nie wiem skąd znalazłam w sobie siłę, ale udało mi się. Miałam postanowienie i nie złamałam go.

Jednak wpływ takich doświadczeń na psychikę nie znika z dnia na dzień. Mogłam przestać ćpać, ale w głowie wciąż goniły mnie koszmary, na które pracowałam przez ostatnie lata. Przez pierwsze miesiące nocami nie mogłam spać, miałam halucynacje, napady paniki. Gdy bardzo się bałam, modliłam się w nocy Ojcze nasz. To było jedyne co byłam w stanie zrobić. Poszłam też do psychologa, trafiłam na dobrą osobę, która do pewnego stopnia pomogła mi poradzić sobie z moimi doświadczeniami, ale nie sprawiła, że w pełni wyzdrowiałam. Sposobów na wyleczenie szukałam w różnych miejscach, zaczęłam prowadzić zdrowy tryb życia, zdrowo się odżywiałam, oczyszczałam organizm, dbałam o siebie, brałam lekarstwa przepisane przez psychiatrę, przeszukiwałam internet w poszukiwaniu odpowiedzi, ale wszędzie trafiałam na tę samą konkluzję: nerwica będzie z tobą już do końca życia.

Nerwica. Nie brzmi to zbyt strasznie. To nie rak. Ale ktokolwiek doświadczył tej choroby, wie jak dramatyczny wpływ ma ona na życie. Gdy zachorowałam miałam niecałe 18 lat. Bardzo ciężko było mi się początkowo pogodzić z tym co mnie spotkało. Czułam się samotna. Moi rodzice nie wiedzieli o tym co się ze mną dzieje, mieliśmy kiepski kontakt. W tamtym czasie bardzo trudno było ze mną rozmawiać. Widzieli, że coś jest ze mną nie tak, ale nie powiedziałam im co tak naprawdę się działo. Miałam świadomość, że i tak nie będą mogli mi pomóc, a nie chciałam, żeby martwili się o mnie jeszcze bardziej. Moi znajomi mieli swoje problemy. Nie miałam nikogo kto mógł mnie zrozumieć, a co noc czułam jak pęka moje serce, mój mózg, jak nie mogę oddychać. To był naprawdę straszny okres, zwłaszcza, że nie od razu zrozumiałam co mi dolega. Początkowo nie wiedziałam, że te wszystkie rzeczy, które odczuwam, mają tak naprawdę podłoże psychiczne. Fizycznie, mimo, że zmęczona, byłam zupełnie zdrowa. Przez pierwsze kilka miesięcy, jeśli już udawało mi się zasnąć, to i tak budziłam się jak w zegarku o godzinie 3, i moje ciało na nowo zaczynało robić rzeczy, których nie mogłam powstrzymać i przez które naprawdę cierpiałam. Było mi ciężko o tym mówić i wstydziłam się, bo i tak nikt kto tego nie przeżył nie rozumiał o czym mówię. Dla ludzi z zewnątrz brzmiałam jak przewrażliwiona hipochondryczka. Chcąc nie chcąc, pogodziłam się z moją chorobą, nauczyłam się z nią żyć, choć były momenty, kiedy płakałam z bezsilności. Jednak z biegiem czasu mój stan się poprawił. Czasem wracały naprawdę złe momenty, ale dało się z nimi żyć, już wiedziałam jak sobie z nimi radzić. Należało je przeczekać. Wiedziałam, że atak w końcu minie. Po pięciu latach już nie oszukiwałam się, że choroba zniknie. Byłam pogodzona z faktem, że będę żyła z nią do końca życia.

Dlatego gdy wtedy na TWU poczułam, że dolegliwość, która przez jedną czwartą mojego życia była moim najwierniejszym towarzyszem jest ze mnie wyciągana, nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Nawet o to nie prosiłam. Bóg sam to dla mnie zrobił. Znał mnie i moją historię, i wiedział czego potrzebuję. Chciał mi to dać. To czego nie wyleczył żaden psycholog, terapeuta, psychiatra, odpoczynek, medytacja i suplementacja. To co ja z marnym skutkiem zaleczałam od tylu lat, on po prostu załatwił od ręki.

Po wyjściu z kościoła zastanawiałam się czy to stało się naprawdę. Wróciłam do domu i myślałam: czy aby sobie tego nie wyobraziłam, nie wmówiłam? Ale dni i tygodnie mijały, a ja byłam zdrowa. Byłam... normalna, taka jak kiedyś. Z mojej głowy zniknęło to uczucie choroby, które czułam każdego dnia. W tym roku minęły już ponad 4 lata od tego momentu, a nerwica nie wróciła. To był prawdziwy cud i kolejny dowód na to, jak wielka jest miłość Boga do każdego z nas, indywidualnie. Ale prawda jest taka, że największym cudem jakiego doświadczam, jest wpływ Boga na moje życie na co dzień. Nie wiem jakim byłabym człowiekiem gdybym wtedy w styczniu nie trafiła do bł. Karoliny, ale na pewno nie tak spokojnym, szczęśliwym i pełnym wiary jakim jestem dziś. Bóg zawsze zmienia człowieka na lepsze.

Gdy wydaje nam się, że już nic nas nie zaskoczy, pojawia się Bóg. Moje świadectwo, które opisałam powyżej, powstawało w samochodzie, w drodze na 38. Tyski Wieczór Uwielbienia, którego motywem przewodnim były słowa „Bo u Boga wszystko jest możliwe". Pisałam swoje świadectwo na laptopie, zależało mi na tym, aby wysłać je jeszcze przed spotkaniem. Nie udało mi się, mój komputer rozładował się w trakcie pracy. Teraz się z tego cieszę, bo mogę dopisać nowy rozdział mojej historii, po tym co wydarzyło się tego Wieczoru.

Swoją modlitwę na nabożeństwie zaczęłam od zawierzenia Bogu. Powiedziałam mu, że chcę, aby dał mi to, co sam uzna za słuszne i czego według niego potrzebuję. Użyłam słów modlitwy księdza Dolindo Ruotolo „Jezu, ufam Ci, Ty się tym zajmij". Gdy kapłan zaczął chodzić z Najświętszym Sakramentem pośród ludzi, po raz pierwszy od kiedy pojawiam się na Tyskich Wieczorach, prowadzący modlitwy wypowiedział moje imię na głos. Początkowo nie mogłam w to uwierzyć. Bóg skierował bezpośrednio do mnie swoje słowa. Czy aby na pewno do mnie? Ale tak, chodziło Mu o mnie. Wciąż nie mogę uwierzyć w łaskę, której dostąpiłam, to górnolotne słowo, ale żadne inne nie jest godne opisania tego co czuję. To był jeden z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Nie wiem czym sobie na to zasłużyłam, chyba właśnie to jest w Bogu najcudowniejsze, że u niego nie trzeba zasługiwać. On nas po prostu kocha.

Jezus powiedział do mnie: „Słyszę wszystkie słowa, które do mnie kierujesz. Pamiętam tę noc, kiedy się do mnie zwracałaś. Wysłuchałem Twoich próśb, a ty zbieraj owoce Mojego działania w Twoim życiu." Czyż to nie są najpiękniejsze słowa jakie można usłyszeć od Boga? Jak dobrze Bóg nas zna. Jak bardzo szczególnie do nas podchodzi. Ta noc, którą wspomniał, była bardzo wyjątkową dla mnie nocą. Jakiś czas po moim pierwszym nabożeństwie w bł. Karolinie, w środku nocy, poczułam tak głęboki żal za grzechy, że padłam na kolana, płakałam i prosiłam Boga o przebaczenie. Prosiłam Go, aby pokierował moim życiem tak jak uzna za słuszne, że przyjmę cierpienie, jeśli tego chce, ale, jeśli jest to zgodne z jego wolą, prosiłam o łaskę. Wspominałam tę noc jadąc do Tychów. A chwilę później Bóg sam ją wspomniał, powiedział mi, że On też ją pamięta. Powiedzieć, że to co poczułam było niesamowite, nie oddaje pełni tej chwili, którą przeżywałam. Wszystkie te opisane w kilku zdaniach wydarzenia w moim życiu trwały latami. Były procesem. Od mojego upadku, do spotkania Boga twarzą w twarz, podniesienia mnie przez Niego i dania mi siły do zmian w życiu.

Dziś mam 26 lat. Nie jestem idealną chrześcijanką. Jak bardzo daleko mi do niej sam Bóg wie najlepiej. Miewam gorsze i lepsze momenty w swojej wierze. Czasem mam wątpliwości, czuję strach i zwątpienie, odsuwam się od Boga, miotam się próbując ogarnąć wszystkie swoje sprawy po ludzku zamiast spokojnie zwrócić się do Niego po pomoc. Mimo tego On kocha mnie do tego stopnia, że nie tylko nigdy nie ukarał mnie za moje liczne błędy, ale wciąż jest przy mnie, pozwala mi do siebie wracać za każdym razem, sam do mnie przemówił. Jestem dla Niego wyjątkowa. Tak samo jak ty. To jest najbardziej niesamowite, że dla Boga każdy z nas jest ulubionym dzieckiem. Bez żadnych wyjątków. Żadnych. On stworzył każdego z nas i każdego kocha po równo, ale i każdego kocha najbardziej, bo u Niego wszystko jest możliwe. Jedyne czego potrzeba, aby móc czerpać z pełni Jego łask to zaufać Mu z głębi serca i nie bać się tego, co dla nas przygotował. Ciężko jest zaakceptować, że nie wszystko jest w naszej ludzkiej mocy, ale gdy się nam to uda i zwrócimy się do Boga z prośbą o pomoc, bez stawiania naszych warunków, tylko właśnie jak dziecko, którym dla Niego jesteśmy, On zawsze nas wysłucha. Nie daje limitów. Nie ma u Boga puli do wykorzystania. Jeśli Go pragniesz On będzie przy Tobie za każdym razem, gdy Go o to poprosisz. Musisz tylko, i aż, chcieć tego i Mu zaufać. Wiara naprawdę czyni cuda.

Ania, 26 lat

 

 

Świadectwa z 38. TWU

Na 38. TWU przyjechałam po kilku latach przerwy. W tym czasie Pan Bóg tak prowadził, że moje życie i sprawy nabrały pozytywnego wymiaru. Gdy podjęłam decyzję, że pojadę na TWU zastanawiałam się nad intencją. W zasadzie powinnam prosić o uzdrowienie fizyczne, jednak w sercu rodziło się inne pragnienie. Na modlitwie osobistej przed wyjazdem na TWU, ale i bezpośrednio podczas Wieczoru, mówiłam Panu Jezusowi, że jestem tu, by cieszyć się byciem z Nim. Tak jak cieszy się małe dziecko bawiąc się z rodzicem, które czuje się bezpiecznie, bo On patrzy na mnie wzrokiem pełnym miłości, bo trzyma mnie za rękę. Mówiłam Panu Jezusowi, że chcę zobaczyć w Jego oczach spojrzenie pełne miłości, radości z mojej osoby, dające poczucie bezpieczeństwa. I pierwsze słowa poznania jakie Pan Jezus za pośrednictwem osoby prowadzącej skierował do ogółu były dokładnie odzwierciedleniem i potwierdzeniem tej intencji i obrazu, który ja na modlitwie przedstawiałam Panu Jezusowi. I tak po prostu się ucieszyłam jak dziecko. Chwała Panu!

Beata 

 

38. TWU był pierwszym od około 2 lat na którym byłam obecna. Już wcześniej odczułam uzdrawiającą moc Chrystusa płynąca podczas tych Wieczorów. O czym już raz zaświadczyłam kilka lat temu. Podczas ostatniego uwielbienia trudno mi się było wyciszyć, tyle spraw zaprzątało moją głowę. Jednak postanowiłam być „tu i teraz” do czego nawoływano chwilę później z ołtarza.

Od kilku lat choruję na depresję.W pewnym momencie jeden z prowadzących powiedział, że Pan chce uzdrowić osoby uzależnione od opinii innych ludzi. Poczułam wtedy ciepło w sercu i wiedziałam, że te słowa skierowane są do mnie.To uzależnienie to właśnie jeden z powodów mojej depresji. Odczułam pewnego rodzaju ulgę, ciężar przesadnego przejmowania się zdaniem innych został ze mnie zdjęty. Czuję się lepiej i chociaż depresja nadal jest obecna wierzę, że brak uzależnienia od opinii innych jest dużym krokiem w kierunku odzyskania pełni zdrowia. Chwała Panu!

Urszula, 34 lata

 

O Wieczorze Uwielbienia słyszałam po raz pierwszy kilka lat temu od znajomej. Mówiła, że jest tak pięknie i warto iść, ale jakoś nie zdecydowałam się. Dopiero teraz, gdy w moim kościele w trakcie ogłoszeń zaproszono na TWU, wyszukałam w Internecie stronę, żeby upewnić się co do daty i godziny. Czytałam świadectwa, nie mogłam się od nich oderwać. Łzy płynęły mi ze wzruszenia i już wiedziałam, że tym razem na pewno pójdę. Miałam jedną intencję: uzdrowienie mojego męża z pijaństwa. Na miejscu jeszcze przed mszą św. poszłam do spowiedzi, ale do kościoła już nie weszłam, bo po prostu się nie dało, więc stałam w drzwiach. Po mszy zaczęła się modlitwa. Przez jakiś czas czułam się jakbym tu nie pasowała. Ja, 54-letnia kobieta, widziałam tych młodych, tak bardzo rozmodlonych ludzi i tak inaczej zachowujących się niż my co niedziela w kościele. Śpiewali z rozłożonymi rękami. Było widać, że autentycznie uwielbiają Boga. Nawet nie wiem, w którym momencie ja „wpasowałam” się w tę wspólnotę. Wtedy poczułam jak Pan przyszedł i do mnie. Myślałam, że wyskoczy mi serce, łzy płynęły ze szczęścia i czas jakby się zatrzymał. Chociaż miałam tę moją szczególną intencję, z którą przyszłam na TWU, to podczas jego trwania poprosiłam Pana także o uzdrowienie z chorób kręgosłupa, bo często miewałam bóle. Bolały mnie także pięty, które leczyłam z marnym skutkiem. Prosiłam też o zgodę w rodzinie. Moja mama była skłócona ze swoją siostrą, od 4 lat nie odzywały się do siebie. I jeszcze o kilka innych rzeczy, które mi się nasunęły już na miejscu.

Podczas uwielbienia po raz pierwszy w życiu klękałam przed Jezusem, a nie przed monstrancją. Moja wiara do tamtego Wieczoru była taka płytka, choć zawsze myślałam, że jestem osobą głęboko wierzącą.

Minęły już dwa miesiące, a ja od tego czasu nie czułam bólu kręgosłupa ani pięt. Moja mama z siostrą rozmawiały ze sobą dwa razy telefonicznie. A ja ufam Panu, że uwolni mojego męża od alkoholu, że to tylko kwestia czasu i mojego całkowitego zaufania. Chwała Panu!

Ania, 54 lata

 

38. Tyski Wieczór Uwielbienia był moim trzecim. Wyjątkowo, przyjechałam na niego bez jakiś konkretnych intencji. Chciałam po prostu być i uwielbiać Pana.

Jednak Pan Bóg miał dla mnie wielką niespodziankę. W trakcie modlitwy, gdy właśnie wracałam z chwilowego pobytu na powietrzu i szłam po schodach usłyszałam głos prowadzącego: „Pan Bóg uzdrawia Małgorzatę, Krystynę z poczucia braku miłości we wczesnym dzieciństwie. Uzdrawia osoby, które czuły się wtedy szczególnie niekochane”. Dla mnie te słowa były jak wielki, bijący dzwon w moim sercu. Było to tym bardziej szczególne, że jako dziecko adoptowane w wieku dwóch lat, miałam zmienione imię z Krystyny na Małgorzatę. Nie wiedziałam jak Pan Bóg będzie działał, ale On wiedział. Bardzo ważną rzeczą po tym Wieczorze było to, że potrafiłam powiedzieć mojemu mężowi za co go kocham i to od początku naszego poznania. Co po sześciu latach małżeństwa stało się nie lada wyczynem. Nie czekałam na odpowiedź męża. Nie było ważne, czy on powie to samo, czy nie. Ważne było, że ja odważyłam się powiedzieć, że kocham go za to jaki jest. Mimo tego, że nie zawsze jest nam łatwo i jest dużo różnic między nami. Niech Bóg ma nas w swojej opiece i działa dalej cuda w naszym życiu i życiu innych będących na Tyskich Wieczorach Uwielbienia. Chwała Panu!

Małgorzata, 43 lata

 

Na 38. TWU przyjechałam razem z  mężem, będąc w  drugiej ciąży. Bardzo wyczekiwałam tego Wieczoru. Tak bardzo pragnęłam modlić się o zdrowie dla mojego dziecka, o szczęśliwy przebieg ciąży. Miałam już piękną, zdrową półtoraroczną córeczkę, o którą też modliłam się na wcześniejszych TWU. W pewnym momencie padły słowa kierowane do Agaty: „córko moja, przyjdź do mnie, a Ja cię uwolnię”. Po policzkach spłynęły mi gorące łzy. Myślę, że większość osób, które przyjeżdżają na Tyskie Wieczory czeka na ten moment, by usłyszeć słowa kierowane bezpośrednio do nich. Wtedy pomyślałam, że przecież kobiet o imieniu Agata może być o wiele więcej, ale czemu miałabym sądzić, że te słowa nie płyną również do mojego serca? Wtedy je przyjęłam i zrozumiałam, ale zupełnie inaczej.

22 października rano pojechałam szczęśliwa z mężem na pierwsze badania prenatalne. Okazało się jednak, że moje dziecko umiera, ma pełno poważnych wad, które nie dają szans nawet na przeżycie pełnego okresu ciąży. To był początek i jednocześnie koniec naszego czwartego miesiąca bycia razem. Nie sposób opisać naszej rozpaczy, bólu i cierpienia, ale też nie to jest celem tego świadectwa.

Dzień po stracie mojego synka przyjęłam w szpitalu komunię od księdza. Pierwszy raz w życiu usłyszałam wewnętrzny głos: „teraz Ja wypełnię Twoje puste łono”. Płakałam gorącymi łzami. W każdej chwili później czułam obecność Jezusa. Mam wewnętrzne przekonanie, że gdyby nie On, nie przeszłabym przez tak bolesną stratę. Mój mąż towarzyszył mi cały czas. Potrafiłam nawet znaleźć siły, by mimo bólu wywołanego skurczami porodowymi wspierać go. Teraz wspominam ten czas jak przez mgłę. Nie wiem, jakim sposobem przez to przeszliśmy. Mój synek był chciany i kochany od samego początku. Serce matki będzie zawsze przy jej dzieciach, a utrata nie przestanie boleć. Jednak jedyne ukojenie przynosiła mi modlitwa – moja własna, mojego męża, moich bliskich, znajomych. Nie potrzebowałam tzw. dobrych myśli, pocieszania czy rozmowy z psychologiem. Potrzebowałam Bożej obecności, przeświadczenia, że mój synek jest bezpieczny tam, dokąd wszyscy zmierzamy. Po pochówku miałam lepsze i gorsze momenty, ale tylko w Nim znajdowałam spokój. Nie należę do osób, które raz poznały dobrą drogę i już zawsze nią idą. Mam wzloty i upadki w swojej relacji z Panem Bogiem. Wiem tylko, że dzięki TWU zawsze chciałam wracać na właściwą ścieżkę, że wiele zrozumiałam, wiele dobrego doświadczyłam. Być może dzięki tym wszystkim wspaniałym osobom, które organizują TWU, dzięki wspólnocie ludzi pragnących i cierpiących jak ja, wreszcie spotkałam Boga Żywego i nigdy nie zarzuciłam Mu straty mojego dziecka. Wiem przecież, że On Jest Miłością. W szpitalu na nowo wybrzmiały mi zasłyszane słowa: „córko moja, przyjdź do mnie, a Ja cię uwolnię”. Dlatego też nie mogę milczeć, tylko zaświadczam o Jego obecności, o Jego działaniu w moim życiu.​ Chwała Panu!

Kontakt

Parafia pw. bł. Karoliny Kózkówny
ul. Ks. Tischnera 50; 43-100 Tychy

Telefon czynny pn. - sob.
od godz. 1700 do 2130

884 927 067

E-mail: sekretariat@centrumduchowosci.pl

więcej

 

Kalendarz

< sierpień 2019 >
pnwtśrczptsond
   1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31


Galeria zdjęć

Zdjęcia z Tyskich Wieczorów Uwielbienia

Nasze materiały

Cud Projekt
Notatnik SOW
Śpiewy z Tyskich Wieczorów Uwielbienia
Płyty CD
Książki

Szczególnie polecamy

Spotkania modlitewne
Tyskie Wieczory Uwielbienia
Wspólnota dorosłych
Rekolekcje
Seminarium Odnowy Wiary
Sesje Szkoły Modlitwy
Kiermasz Dobrej Książki

Patronat nad dziełem Centrum Duchowości sprawuje Centralna Diakonia Modlitwy Ruchu Światło-Życie.
© 2015 Centrum Duchowości Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Katowickiej przy parafii błogosławionej Karoliny Kózkówny w Tychach
ul. Ks. Tischnera 50; 43-100 Tychy; tel.: 884 927 067; @: sekretariat@centrumduchowosci.pl; www.centrumduchowosci.pl
Polityka cookies oraz regulamin serwisu | Stała współpraca