Facebook
Centrum Duchowości

Centrum Duchowości Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Katowickiej
przy parafii błogosławionej Karoliny Kózkówny w Tychach
tel.: 884 927 067; @: sekretariat@centrumduchowosci.pl

Świadectwa z XXVI Tyskiego Wieczoru Uwielbienia

Świadectwa z pozostałych Wieczorów Uwielbienia >>

Nowe świadectwa z wcześniejszych Tyskich Wieczorów Uwielbienia:

 Piszę to świadectwo, chcąc wyrazić Bogu wdzięczność za moje nowe życie, za parafię pw. bł. Karoliny, za Tyskie Wieczory Uwielbienia. Moje problemy już mnie tak przytłaczały – szczególnie te zdrowotne – że chętnie przyjęłam zaproszenie od koleżanki, żebym skorzystała z modlitwy wstawienniczej w Tychach. To było w grudniu 2013 r. i urodziłam się na nowo. Nastąpiło uzdrowienie duszy, a w następnych miesiącach okazało się, że także ciała. Moja sytuacja rodzinna jest dosyć skomplikowana – jestem szczęśliwą mamą dwójki dzieci i mam kochającego męża, tylko cywilnego. Związałam się z  mężczyzną po przejściach. Pobłądziłam w życiu wiele razy, ale teraz wiem, że Jezus szuka każdego z nas i może zmienić każdą beznadziejną sytuację. Po grudniowych wydarzeniach moje życie przewróciło się do góry nogami w pozytywnym znaczeniu, więc oczywistą sprawą było moje uczestnictwo w XXV Tyskim Wieczorze Uwielbienia (15 lutego 2014 r.).

Mój mąż nie jest szczególnie zainteresowany Kościołem i wiarą, ale widząc, że ja się w „coś” wciągnęłam, był ciekawy, ale także zaniepokojony. Bardzo pragnęłam, by pojechał ze mną na TWU i nawet wyraził wstępną chęć. Jednak im bliżej daty 15 lutego, tym więcej znajdował wymówek. Albo przeszkody same się pojawiały. Ja jednak ufałam, że pojedzie, chociaż już w ostatnim tygodniu nieustannie mówił, że nie da rady i nie muszę nawet dzieci odwozić do babci, bo się nimi zaopiekuje. Ja jednak oddałam dzieci pod opiekę dziadkom w tę sobotę. Równocześnie przez kilka tygodni modliłam się w tej intencji, żebyśmy pojechali razem. A w ostatnim tygodniu, widząc rosnące przeciwności, podjęłam także post. Na modlitwę wybierały się ze mną także sąsiadki i  wyjazd planowałyśmy o godzinie 16. Tego dnia z mężem udaliśmy się na obiad do restauracji i ciągle słyszałam, że nie pojedzie. Oddałam tę sprawę Jezusowi i wierzyłam, że cokolwiek się stanie, to będzie Jego wola, a ja się z nią zgodzę. W zasadzie szykowałam się już do wyjazdu – była godzina 15.15 – i nie bardzo wierzyłam, że mąż pojedzie, gdy nagle usłyszałam radosny głos: „Wiesz, to jednak pojadę z tobą”. Moje serce wybuchło wewnętrzną radością i chwałą dla Pana Jezusa. Na TWU Pan Jezus nas pobłogosławił i to było bardzo mocne doświadczenie – wewnętrzne uniesienie, kołatanie serca. Mój mąż przeżył to samo, ale oczywiście szybciutko wytłumaczył sobie to naukowo. Byłam oczywiście na kolejnych TWU w czerwcu, październiku bez męża i wiem, że wtedy w lutym to był szczególny sposób, w jaki Jezus dotknął naszych serc. Mój mąż nadal tego nie rozumie, ale i tak jest pięknie. Nadal „walczę” o nawrócenie mojego męża i ufam Panu, bo On tylko zna te nasze ścieżki i nasze największe bolączki i pragnienia. Jezu, prowadź za rękę!

Karolina

(…) O XVIII Tyskim Wieczorze Uwielbienia organizowanym w dniu 28.01.2011 r. w kościele pw. bł. Karoliny Kózkówny dowiedziałam się przypadkowo, będąc na Eucharystii w tymże kościele. Z racji okresu zimowego i chłodu do kościoła pw. bł. Karoliny Kózkówny pojechałam z  mężem samochodem. Już po drodze zauważyłam, że wszystkie możliwe miejsca do parkowania były zajęte, a o zaparkowaniu przed kościołem nie było w  ogóle mowy. Wysiadłam sama, przed kościołem stał już tłum ludzi próbujących wejść do świątyni. Miałam szczęście, do środka weszłam przez przypadek z grupą młodzieży z Ruchu Światło-Życie, która w sposób dziarski i głośny torowała sobie drogę. Ugrzęzłam pod murem. Kościół od wiernych pękał w szwach, dochodziła godz. 18.15, a więc czas rozpoczęcia Mszy świętej. Próbowałam pozbyć się części garderoby, ale ktoś wbijał mi łokieć w brzuch, było duszno, ciężko i niewygodnie. Marzyłam o  skupieniu i modlitwie, by móc choć przez chwilę w spokoju wielbić Boga i  właśnie w tym czasie jakaś dłoń wciągnęła mnie do środka kaplicy chrzcielnej. Znalazłam się nieco dalej, bo tylko po drugiej stronie filara kościelnego, ale jakby w innej czasoprzestrzeni. Nie widziałam ołtarza ani prowadzących Eucharystię, ale czułam się lekko i mogłam spokojnie oddychać, choć ludzi młodych wokół mnie było całe mnóstwo. Zatopiłam się w modlitwie prosząc Boga o wybaczenie grzechów popełnionych przeze mnie i wszystkich moich bliskich. Nagle poczułam odurzający zapach perfum (przynajmniej tak mi się wydawało), zaczęłam więc powoli przesuwać się do tyłu, ale zapach przemieszczał się za mną. W dalszym ciągu czułam nieustannie wokół siebie słodkawą woń perfum czy najwspanialszych kadzideł świata. Zbliżała się pora Komunii Świętej. Ludzie w kościele przemieszczali się, popychając się wzajemnie. Przyszła mi wtedy myśl, że kapłan i tak zbliży się z Panem Jezusem i wówczas przyjmę Go delikatnie, ale spożyję dopiero na stopniu chrzcielnicy w  pozycji klęczącej, i dokładnie tak uczyniłam. Gdy przyjęłam Pana Jezusa do serca, zaczęły dziać się ze mną różne dziwne rzeczy. Najpierw ogarnęło mnie niesamowite ciepło, potem dostałam dreszczy, zaczęło wręcz mną telepać, czułam jak drżą mi ręce, którymi samoistnie poruszałam i  trzepotałam jak trzcina na wietrze. Oczu nie otwierałam, płakałam, bardzo płakałam, czułam wszechogarniającą dobroć i miłość. W pewnym momencie poczułam jak ktoś chwyta mnie mocno za ramiona, podniosłam wówczas głowę do góry i przez zapłakane powieki zobaczyłam mocnego mężczyznę trzymającego mnie za ramiona oraz rozmodloną grupę młodzieży męskiej stojącej wokół mnie. W takiej pozie przeklęczałam do końca XVIII TWU w ogóle nie czując bólu w kolanach. Nie otwierając oczu czułam obecność Pana Jezusa, a w czasie błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem moje ciało przepełniła błogość i niesamowite ciepło.

Na spotkanie z Panem Jezusem przyniosłam cały bagaż pytań dotyczących moich wewnętrznych zranień i zawirowań życiowych wszystkich członków mojej rodziny (…). Otrzymywałam kolejno odpowiedzi na zadawane w myślach pytania, ale gdy usłyszałam, że Pan Jezus przygarnął całą trójkę dzieciaków do siebie, dostałam konwulsji. Trzęsłam się i płakałam jak niemowlę. Ponownie prosiłam Boga o przebaczenie moich win i wszystkich grzechów popełnionych przez całą moją rodzinę. Oprócz tego błagałam Boga, abym już więcej nie żywiła do przyjaciela mojej młodszej córki (z którym żyje w związku partnerskim) żadnej urazy i żebym całym sercem bezgranicznie mu przebaczyła. Prosiłam także Najwyższego, aby usunął wszelkie zranienia, które jeszcze tkwią głęboko w zakamarkach mojego serca.

Po tych prośbach poczułam ponownie niesamowite ciepło, a po rękach, które opadły mi wzdłuż tułowia, zaczęły przesuwać się jakby ciężarki począwszy od ramienia aż do samych koniuszków palców na dłoniach. Po czym stały się lekkie jak piórko i zaczęły niesamowicie drżeć, następnie jak poprzednio zaczęłam nimi bardzo szybko poruszać. Łkałam, a spokój i  błogość ogarnęła moje całe ciało – taka reakcja powtarzała się tego wieczora kilkakrotnie. Po zakończonej adoracji ocknęłam się i sama wstałam z pozycji klęczącej, w której trwałam kilka godzin, tj. od chwili przyjęcia Pana Jezusa do serca. Popatrzyłam z wdzięcznością na rozmodloną grupę młodzieńców stojących wokół mnie. Ktoś zaproponował, abym podeszła do księdza, który stał nieopodal. Ale ja bałam się, wstydziłam swojego zachowania, więc tego nie uczyniłam. Byłam wszystkim, co się zdarzyło tego wieczora, bardzo oszołomiona. Ludzie porozchodzili się z kościoła, a ja w dalszym ciągu stałam jak słup, dziękując Bogu za Jego miłosierdzie i ogromną miłość. Bogu niech będą dzięki!

Żona, mama, babcia Zuza – lat 63.

Nigdy nie zapomnę pierwszego w moim życiu Tyskiego Wieczoru Uwielbienia. Na pierwszy, XXIV Wieczór, pojechałam razem z narzeczonym. Nie słyszałam wcześniej o tych szczególnych spotkaniach w Tychach. Kiedy zaproponowałam narzeczonemu przyjazd na czuwanie, podszedł do tego sceptycznie. Pełno obcych ludzi w kościele, parę godzin spędzonych nie wiadomo do końca na czym, wypędzanie złego ducha? Stwierdził, że to nie dla niego. Bał się. W tę październikową sobotę około godziny 17:00 postanowiłam ostatni raz zapytać narzeczonego, czy może jednak zmienił zdanie i chce pojechać do Tychów, aby zobaczyć, co sprawia, że tylu ludzi gromadzi się w kościele, by wielbić Boga. Jego reakcja mnie zaskoczyła. Od razu się zgodził i  czym prędzej pojechaliśmy do Tychów. W trakcie jazdy oboje byliśmy zdziwieni naszym wewnętrznym pragnieniem, które tak nagle się pojawiło – by znaleźć się w kościele błogosławionej Karoliny Kózkówny. Widok tłumów, które zmierzały do kościoła, a później wyraz twarzy ludzi, którzy ten kościół wypełniali, był dla nas zaskakujący. Zajęliśmy miejsce na schodach, cieszyliśmy się, że możemy chociaż widzieć ołtarz. Wspólna Eucharystia była dla mnie zupełnie inna od tych, w których do tej pory uczestniczyłam. Podczas czuwania łzy wielokrotnie spływały mi po policzkach. Czasem z powodu własnego rachunku sumienia, czasem ze wzruszenia usłyszanymi świadectwami, czasem z powodu radości osób wychwalających Boga, a czasem z powodu łez osób siedzących blisko mnie czy wykrzykiwanego cierpienia ludzi zmagających się ze złem.

Przyjechałam do Tychów z ciekawości, jednak okazało się, że nie jestem w  stanie pozostać biernym obserwatorem wydarzeń dziejących się obok mnie. Ja również chciałam czegoś doświadczyć, coś przeżyć. Nie spodziewałam się jednak, że dostanę znacznie więcej. Pierwszy raz w życiu poczułam więź ze wspólnotą, z Kościołem. Poczułam, że wszyscy razem zgromadziliśmy się w tym jednym miejscu, w jednym celu – by spotkać się z  Jezusem. Prawdziwie spotkać się z żywym Bogiem.

Przez 26 lat wychowywałam się w poczuciu wolności co do podejmowanych wyborów w kwestiach wiary i religii. Nie rozumiałam słów, które padały z  ambony na niedzielnych mszach. Nie rozumiałam sakramentu Eucharystii. Nie przywiązywałam większej wagi do spowiedzi. Powtarzałam za innymi – czasem znaczącymi w moim życiu osobami – słowa, które wyrażały zwątpienie, oburzenie, nieraz pogardę. Modlitwa była dla mnie okazją do proszenia, nie do dziękowania. Święta – tylko tradycją. Grzechy były kwestią odpowiedniej interpretacji, Pismo Święte – księgą tak naprawdę martwych słów. Bóg – bliżej nieokreśloną siłą, z którą być może zetknę się po śmierci. Tak właśnie widzę większość swojego życia. Wydawało mi się, że wierzę w Jezusa Chrystusa. Teraz dopiero wiem, co znaczy słowo WIARA. Ile się w tym słowie zawiera. Czego to słowo ode mnie wymaga i  ile mi daje. Mój narzeczony również wyjątkowo przeżył czas Tyskiego Wieczoru Uwielbienia. Oboje poczuliśmy się silniejsi jako para przyszłych małżonków. Oboje doświadczyliśmy spotkania z żywym Bogiem, mimo tego, że nie rozmawialiśmy ze sobą w trakcie czuwania. Wróciliśmy odmienieni. Wychodząc z kościoła miałam ochotę podzielić się swoim doświadczeniem z  kim tylko się da. Byłam taka szczęśliwa, pełna nadziei i wiary. Ten jeden Wieczór sprawił, że postanowiłam zmienić coś w swoim życiu. Kolejne Tyskie Wieczory Uwielbienia zagościły w naszych sercach. Te spotkania są dla nas bardzo ważne. Od tego momentu, od pierwszego Wieczoru w Tychach, czuję moc modlitwy, czuję obecność Boga w moim życiu, widzę Boga w drugim człowieku, nie wyobrażam sobie niedzieli bez uczestnictwa we Mszy świętej, wsłuchuję się w słowa, które głoszą księża, mam wewnętrzne pragnienie życia według słowa Bożego. Pierwszy raz w życiu po prostu CHCĘ. Od tamtego Wieczoru wydarzyło się wiele dobra. Spotkałam na swojej drodze Chrystusa, który wielokrotnie wyciągał do mnie rękę i – jakby ktoś chciał usłyszeć – dał mi dowód swojego istnienia. Nie zawsze jednak potrafiłam wytrwać w postawie wdzięczności za otrzymane łaski.

Mogę spokojnie stwierdzić, że dopiero od dwóch lat mówię Jezusowi TAK. A  raz „wybrawszy, ciągle wybierać muszę”, co dla mnie oznacza, że to życie, teraz już małżeńskie, życie we dwoje, nie zawsze jest tak proste, jakbym tego chciała. Zmagam się, jak każdy człowiek, z różnymi trudnościami, problemami, rodzinnymi zawirowaniami. Wiem jednak, że nie jestem już w stanie zwątpić w istnienie Boga żywego, nie jestem w stanie zwątpić w Jego obecność w życiu każdego z nas. Wiem również, że On czeka na każdego i daje o sobie znać. Nie jest jednak nieproszonym gościem. Nie „wpycha się” na siłę do naszych domów, do naszych serc. Ja znalazłam Boga po 26 latach życia i możecie mi wierzyć, że to najlepsze, co mogło mnie spotkać. Chwała Panu!

Agata, lat 28

 

Pierwszy raz byłam na Wieczorze Uwielbienia w czerwcu 2013 r. Miałam trudną sytuację rodzinną i pojechałam prosić Boga o pomoc. Na tym Wieczorze doznałam pocieszenia i umocnienia od Pana. W czasie adoracji usłyszałam, że w kościele jest osoba, która martwi się o swoją rodzinę, ale może być spokojna, bo Jezus kocha tę rodzinę i jest przy niej. W tym momencie poczułam, że słowa te były skierowane do mnie. Byłam tym bardzo wzruszona. Wróciłam umocniona do domu.

Drugi raz pojechałam na Tyski Wieczór Uwielbienia sama. Było to jesienią 2013 roku. Po skończonym nabożeństwie czułam pewien niepokój. Była późna wieczorna godzina, a ja sama miałam wracać samochodem do domu. Przy wyjeżdżaniu w kierunku Katowic wjechałam na objazd. Jadąc przez puste wioski wpadłam w panikę, bo wydawało mi się że jadę złą drogą, a  nie było się kogo zapytać, czy jadę w dobrym kierunku. Nagle przyszło mi do głowy, że nie muszę się denerwować, bo przecież Jezus jest przy mnie i mnie bezpiecznie wyprowadzi. Tak się też stało. Wjechałam na właściwą drogę, a przecież mogłam jeszcze długo błądzić w ciemną noc.

Trzeci raz pojechałam, żeby podziękować Bogu za łaskę zdrowia i prosić o  błogosławieństwo dla mojej rodziny. W czasie modlitwy kapłan przechodził z Najświętszym Sakramentem w dużej odległości ode mnie, potem jednak zawrócił w stronę gdzie stałam i zatrzymał się przy mnie. Byłam bardzo wzruszona, odczułam to tak, jakby Pan stanął obok mnie. Po powrocie do domu zaczęłam się nad tym zastanawiać, co Pan chciał mi przez to przekazać. W niedługim czasie dowiedziałam się o chorobie nowotworowej mojego męża. Nie mogłam w to uwierzyć. Wtedy uzmysłowiłam sobie to zdarzenie na Wieczorze Uwielbienia. Nie mam się o co lękać, Pan jest przy mnie i moim mężu, on nas umocni, możemy mu zaufać. Zaczęłam prosić Pana o zdrowie i siły do walki z chorobą dla mojego męża.

Dzisiaj mąż jest po operacji, wyniki są pomyślne. A ja czekam na kolejny Wieczór Uwielbienia, żeby podziękować Bogu za uratowanie mojego męża od tej strasznej choroby nowotworowej i za stanie przy nas i wsparcie w  tym trudnym czasie, i za wszystkie łaski, jakie otrzymałam w czasie uczestniczenia w Wieczorach Uwielbienia. Chwała Panu!

Krystyna, lat 63

 

Składałam już jedno świadectwo z XXIII Wieczoru Uwielbienia. Teraz pragnę złożyć kolejne, które jest kontynuacją pierwszego. Moja córka, która razem ze mną uczestniczyła w XXIII Wieczorze Uwielbienia, wymodliła nawrócenie swojej koleżanki, jej powrót do Kościoła, spowiedź po wielu latach, uczęszczanie na Mszę św.

Marzeniem tej koleżanki córki stało się również poczęcie drugiego dziecka, chociaż wcześniej nie było tego w jej planach. Kiedy zaszła w  ciążę, po kolejnych badaniach okazało się, że dziecko może urodzić się z  zespołem Downa. Jej decyzja była jedna – usunąć ciążę. Razem z córką zaczęłyśmy się modlić. Córka nie mogła uczestniczyć w XXV Wieczorze Uwielbienia, ponieważ sama urodziła córeczkę, ale prosiła mnie o  modlitwę. Polecałam cały Wieczór Panu Bogu to nienarodzone dziecię, którego życie było zagrożone. Odmawiałam również Nowennę Pompejańską o  uratowanie maleństwa. Długo trzeba by było opisywać, jakie zawirowania były wokół wszystkich przeprowadzonych badań prenatalnych. Badania były powtarzane, wyniki zagubione, pobrany materiał do badań nie ten co powinien itd. Szatan cały czas walczył o tę osobę. Trudno mu było pogodzić się z tym, że trafiła na łono Kościoła. My także walczyłyśmy, również modlitwą. Do naszej modlitwy dołączyło się jeszcze mnóstwo innych osób. Ostatnie wyniki wskazały, że dziecko jest zdrowe. Jakże wielka jest nasza radość! Dziękujemy Bogu najlepszemu, że nas wysłuchał i  uratował to życie, a matka dziecka zrozumiała, że była to dla niej kolejna próba.

Teresa, lat 54

Na Tyskim Wieczorze Uwielbienia byłam już kilka razy. Zawsze było to dla mnie wielkie przeżycie i umocnienie w wierze. Będąc na XXV Tyskim Wieczorze Uwielbienia szczególnie modliłam się w intencji mojej synowej, która w tym dniu obchodziła swoje kolejne urodziny. Od tego dnia podjęłam też za nią Nowennę Pompejańską, którą zaproponował mi jeden z  kapłanów w Sakramencie Pokuty na którymś z Tyskich Wieczorów Uwielbienia. Żarliwie modliłam się o to, aby Bóg uczynił jakiś cud w jej życiu, aby dał jej to szczęście, które tylko On może dać. Wiele by opisywać, co się wydarzyło. Zaczęłam widzieć autentyczne cuda, wydarzenia, które tylko Bóg może zdziałać.(…). Chwała Panu! Szczęśliwa i wdzięczna; mama, teściowa, babcia.

Renata, lat 57

Przyszłam na XXII Tyski Wieczór Uwielbienia po raz pierwszy. Przyszłam właśnie uwielbiać, bo mam za co dziękować: jestem zdrowa, mam wspaniałe dzieci – również zdrowe. Prosiłam o łaski dla siostry, dla rodziny, dla znajomych. Był jednak moment, kiedy prowadzący mówił o tym, by pomyśleć też o swoich dolegliwościach i sprawach, żalach. Pomyślałam o tym, jak kłócę się z moim mężem i jak często czuję się nieszczęśliwa, kiedy mi wytyka wady, w ogóle kiedy jesteśmy na siebie źli. To właściwie jedyna rzecz, która powoduje, że jestem najczęściej nieszczęśliwa. Muszę powiedzieć, że od czerwca tego roku moje relacje z mężem są lepsze, bo to Jezus je uleczył. Panie, dziękuję Ci, że jesteś dobry dla mnie! Przecież wszystko mam: zdrowie, dom i jeszcze mój mąż staje się lepszy. To raj na ziemi!

Sylwia, lat 36

Na Tyskie Wieczory Uwielbienia jeżdżę regularnie już od 3 lat i za każdym razem doświadczam łask. Pan prowadził mnie przez cały ten czas i  uzdrawiał ze zranień, które się we mnie nagromadziły i nie pozwalały normalnie żyć i nawiązywać relacji z innymi ludźmi. Pan uzdrowił moje relacje z moimi rodzicami i rodzeństwem, zabrał paraliżujący mnie strach przed mężczyznami i pomógł zacząć akceptować samą siebie. Nie zapomniał też o zdrowiu fizycznym, kierując do mnie słowo, które, po kilku latach chodzenia od lekarza do lekarza, pomogło w uzyskaniu diagnozy i  wybraniu właściwego kierunku leczenia. Kiedy patrzę na siebie teraz i  przypominam sobie, jak wyglądało moje życie trzy lata temu, nie mogę nie chwalić Boga i nie dziękować Mu za Jego łaski. Chwała Panu!

Aleksandra

 

Piszę na prośbę mojej koleżanki Basi, która po ostatnim czerwcowym TWU została uzdrowiona z nałogu palenia papierosów, ale również jako świadek tej wielkiej radości. Ta wspaniała kobieta, matka piątki dzieci, zwierzała mi się, że bardzo chciałaby rzucić palenie, chociażby ze względu na swoją trudną sytuację finansową, ale nie potrafi , bo to jest silniejsze. Zaproponowałam jej, by pojechała ze mną na TWU i powierzyła tę sprawę Jezusowi. Zgodziła się. Na XXV TWU pojechał również mój mąż (co jest kolejnym cudem) i nawet zgodził się pomodlić za nią, by rzuciła palenie. Więc było już nas troje, a przecież Pan Jezus powiedział że „gdzie dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą...” I stało się: w niedzielę dostałam SMS-a: „Ja nie palę i nie czuję takiej potrzeby”, i  tak jest do dzisiaj. Chwała Panu za tamten cud i za wszystko, co czyni w moim życiu!

Urszula

 

Na XXV Tyski Wieczór Uwielbienia przyjechałam z mężem z Krakowa, bo bardzo mi odpowiada ta forma spotkania modlitewnego – uwielbienie Pana Boga połączone z modlitwą przeproszenia i prośby. W parafii pw. bł. Karoliny mieszka nasza bliska rodzina, więc przyjeżdżaliśmy wiele razy na Wieczory Uwielbienia. To dla nas okazja do uwielbienia Pana Jezusa wystawionego w Najświętszym Sakramencie, doświadczenie Jego miłosierdzia i mocy. To doświadczenie wspólnoty żywego Kościoła prowadzonego przez Ducha Świętego, a przy okazji modlitwa w intencjach przedstawionych na spotkaniu, bądź przywiezionych w  sercu. Prawie nie prosiłam za siebie, a Pan sprawił mi niespodziankę. Od kilku lat bolały mnie stawy, najbardziej kolana. Gdy w trakcie modlitwy usłyszałam, że teraz Pan Jezus uzdrawia osoby z chorymi stawami, narządem ruchu, to nie sądziłam, że również mnie. Dopiero po wyjściu z  kościoła poczułam, że coś lepiej mi się chodzi. Obserwowałam uważnie moje kolana przez następne dni i z radością i zdumieniem stwierdziłam, że to jest trwałe. Jeszcze przez parę dni wspomagałam się rękami przy siadaniu, klękaniu, aby odciążyć stawy jak dawniej, ale to nie było już potrzebne. Za tę łaskę uzdrowienia moich kolan chwała Panu!

Małgorzata, lat 53

W październiku 2013 roku pierwszy raz uczestniczyłam w TWU. Pojechałam , bo bardzo chciałam uwielbić Boga, podziękować Mu za Jego miłość, dobroć, otrzymane łaski. W czasie Mszy św. poleciłam opiece Bożej moich najbliższych: syna i męża. Nie prosiłam o nic, bo chciałam, by był to wieczór tylko dla Jego uwielbienia. Jednak Bóg w swojej doskonałości miał inne plany. Po Eucharystii, kiedy rozpoczęło się czuwanie modlitewne i adoracja, na kolanach wielbiłam Pana i dziękowałam Mu za wszystko. Wtedy ogarnęło mnie nieznane uczucie, a do moich oczu napłynęły łzy. Nie potrafię określić, jak długo płakałam i co właściwie się ze mną działo, ale było to przeżycie zbawienne i oczyszczające moją duszę. Kiedy się uspokoiłam, z radością dziękowałam Bogu za ten wspaniały dar. Wypełniała mnie ogromna radość.

Później uczestniczyłam w kolejnych TWU, z których zawsze wracałam pełna wiary i nadziei, chociaż moje przeżycia nie były już tak głębokie, ale na XXVI TWU Pan Jezus znów dotknął moją duszę. W czasie modlitwy usłyszałam od prowadzącego, że Pan Jezus mówi do Marzeny: „Córko, wybaczyłem ci twoje grzechy, nie zadręczaj się nimi więcej”. Wiedziałam, że to do mnie. Moje oczy znów były pełne łez. Pan po raz kolejny oczyścił i uzdrowił moją duszę. Jego Miłosierdzie jest bez granic!

Pragnę jeszcze wspomnieć, że mam chory kręgosłup (jak chyba większość z  nas) i za pierwszym razem obawiałam się, czy dam radę. Okazało się, że na każdym czuwaniu modlitewnym TWU wielbię Boga na kolanach i nic mi nie dokucza. Właściwie to bardzo rzadko teraz odczuwam jakieś dolegliwości. Tak więc miałam chory kręgosłup, ale Pan mnie uzdrowił! Podobnie jak mojego męża, który w marcu 2013 roku wychodził ze szpitala z wypisem ciężkiej astmy. Dzisiaj czuje się bardzo dobrze, lekarstwa zażywa w  minimalnych ilościach. Dobry Pan jego też uzdrowił oraz uchronił od zachorowania na nowotwór przez bardzo wczesne wykrycie i usunięcie zmian w organizmie. Dziękuję Ci, Panie, za Twoje łaski i błogosławieństwo każdego dnia. Chwała Panu!

Marzena, lat 47

Na Tyski Wieczór Uwielbienia wybrałam się z ciekawości. Nie uważałam się za potrzebującą łaski. Jakże byłam w błędzie! Cały czas miałam lęki dotyczące naszej sytuacji finansowej. Kiedy miałam jakieś pieniądze czy też miałam je mieć w najbliższym czasie, to już na 100 sposobów je rozdysponowywałam. Budziłam się z myślą: co dziś mam zapłacić, jak wydać pieniądze, by na wszystko starczyło. Nie mogłam się skupić na czymkolwiek, myśli krążyły tylko wokół pieniędzy. Gdy więc podczas modlitwy modliłam się za wszystkich obecnych w kościele, którzy tak są potrzebujący, usłyszałam głos skierowany do mnie! „Nie bój się, nie lękaj, Bóg czuwa nad tobą.” Wniosło to do mego serca spokój i choć problemy nie zniknęły, nadal jest ciężko, to wiem, że wszystko będzie dobrze. Ja mam się starać być dobrą matką i żoną, a Bóg pobłogosławi nasze działania. Często sytuacja wygląda dramatycznie, ale wiem i ufam, że wszystko dobrze się skończy, tak wiele i tak często tego doświadczam. (...) Od momentu uzdrowienia minęło kilka lat. Dzięki Ci, Boże!

Sylwia, lat 38

Pierwszy raz na Tyskim Wieczorze Uwielbienia byłem w październiku 2013. Od tamtej pory pojawiałem się na każdym kolejnym. Te wyjątkowe Spotkania dodały mi wiele sił, wiary w to, że naprawdę potrafię kochać drugiego człowieka, wlały w me serce pokój i umocniły moją więź z Bogiem. Doświadczyłem w sobie większej mocy w walce z pokusami, ze złem. Na każdy Wieczór Uwielbienia czekam z niecierpliwością. I każdy z nich przyprawia mnie o wielką radość i pozwala z nadzieją patrzeć w  przyszłość. Za to... Chwała Panu.

Jakub, 25 lat

 

 

Świadectwa z XXVI TWU

Na ostatnim, XXVI Tyskim Wieczorze Uwielbienia prowadzący modlił się za osoby samotne, które nie czują się godnymi miłości. PAN Jezus zapewnił je o swojej miłości słowami Ja Jestem, a następnie wymienił konkretne imiona, w tym także moje - Magda. Nie wierzyłam , że mówi do mnie i zanim zdecydowałam się napisać to przewertowałam świadectwa w poszukiwaniu jakiejś Magdy. Ale nie znalazłam żadnej. Te słowa były skierowane do mnie. Z niecierpliwością czekam na kolejny Tyski Wieczór Uwielbienia. Chwała Panu.

Magdalena, lat 41

Na Tyskie Wieczory Uwielbienia jeżdżę regularnie od kilku lat. Zawsze towarzyszyło mi duże pragnienie doświadczenia miłości Pana Boga, doświadczenia także na poziomie emocjonalnym. W domu, w którym się wychowywałam, nie wyrażaliśmy emocji w sposób zdrowy, dlatego bardzo chciałam być przez Pana Boga zauważona, przytulona. I często po Tyskich Wieczorach Uwielbienia towarzyszyło mi niezadowolenie i żal, może poczucie odrzucenia, kiedy nie doświadczałam obecności Pana Jezusa tak, jak tego wówczas oczekiwałam (choć głęboko wierzę, że On nikogo nie pomija i zawsze działa). Ostatni Tyski Wieczór Uwielbienia był dla mnie inny. Chyba przez całe spotkanie towarzyszyło mi silne przekonanie, że Pan Bóg kocha nas wszystkich, że mnie kocha, i że to, co się dzieje w czasie Wieczorów Uwielbienia, jest Jego dziełem miłości. To przekonanie wiązało się z radością i pokojem. Były też proroctwa, które zapadły mi głęboko w pamięć. Pan Jezus mówił jednej dziewczynie, że nie chce, by myślała o sobie źle. Myślenie o sobie źle to również mój problem, i zrozumiałam wtedy, że Pan Jezus nie chce też, żebym i ja tak źle o sobie myślała. Ostatnio doświadczam bardzo troski Pana Boga jako Dobrego Ojca i bardzo się tym cieszę. Widzę, że jak obiecał, tak mnie uzdrawia i wyzwala, często też poprzez innych ludzi. Niech będzie na zawsze uwielbiony.

Bernadeta, lat 21

Na TWU byłam dopiero dwa razy. Nie zawsze jest to możliwe w życiu zakonnym i wspólnotowym. Podczas ostatniego spotkania miałam w sercu wiele myśli i intencji. Cały czas modliłam się i prosiłam Pana o pomoc w pewnej trudnej dla mnie sprawie. We wrześniu do naszej wspólnoty dołączyła nowa siostra, której nie potrafiłam do końca zaakceptować. Bardzo mnie to bolało ale tez przerastało mnie samą. Kiedy klęczałam pogrążona w modlitwie pytając Jezusa co mam robić, nagle było proroctwo do sióstr zakonnych, ze Panu Jezusowi najbardziej nie podoba sie brak miłości siostrzanej we wspólnotach zakonnych. Wiedziałam, ze to były słowa do mnie! To nie był problem osobowości tamtej siostry ale problem braku miłości z mojej strony! Nie tyle to zrozumiałam co zaczęłam się modlić o uzdrowienie tych relacji. Bóg pokazał mi to czego sama nie widziałam, nie tyle pokazał, co uleczył! Dziękuję za tę wielką łaskę i radość której doświadczam jeszcze bardziej w życiu zakonnym! Chwała Panu

s.Gabriela, lat 47

Świadectwo jest obowiązkiem chrześcijanina, wiec składam je i ja. XXVI TWU był pierwszym, w którym uczestniczyłam, jednakże zanim do tego doszło, wydarzyło się tak wiele... Z jednej strony ten „zły” robił wszystko, bym tam nie pojechała, nie uczestniczyła, a z drugiej czułam całą sobą, że muszę tam być, że pragnę tam być. Chciałam prosić o  zdrowie dla dziecka. Rzeczy dla mnie dziwne, niezrozumiałe, zaczęły się dziać na trzy tygodnie przed owym wieczorem. Wtedy bowiem pojechałam z  synem do szpitala na zabieg. Syn ma naczyniaki wszelkiego rodzaju tkanki podskórnej, mięśni i przewodu pokarmowego – z tego powodu cierpi fizycznie, ale też stale traci krew. Lekarze są właściwie bezradni, nie znają podobnego przypadku. Wieczór przed zabiegiem modliłam się, aby ten zabieg się nie odbył, jeśli byłoby jakiekolwiek zagrożenie, gdyby synowi miałoby się coś stać. Następnego dnia odesłali nas do domu z  powodu awarii klimatyzacji w pomieszczeniu, gdzie miał się odbyć zabieg. Dwa tygodnie później mieliśmy się zjawić na innym oddziale, ale i tam również w wyniku różnicy zdań lekarzy co do jego przypadku nic nie zrobiono. Następnego dnia syn miał lekcje w domu (ma nauczanie indywidualne). I wtedy nauczyciel przyniósł nam wiadomość, iż w  najbliższą sobotę jest TWU. Przystąpiliśmy do sakramentu pokuty. Jednak w  momencie kiedy mieliśmy wychodzić do kościoła, gdzie udaliśmy się do spowiedzi, syna bardzo rozbolał brzuch – jak to stwierdził – „jakby go ktoś uderzał”. Pojechaliśmy mimo to i już po wyjściu z kościoła ból zniknął.

Bardzo chciałam pojechać na TWU, ale z powodu pracy, którą wykonywałam tego dnia i towarzyszącego bólu (choruję na łuszczycowe zapalenie stawów), wątpiłam, że będzie to możliwe. Jednak im bliżej było rozpoczęcia TWU, tym bardziej czułam, że muszę jechać. Pojechałam -  sama. Dziś mogę powiedzieć, że prowadził mnie sam Jezus. Nigdy wcześniej nie byłam w Tychach. Jadąc wyłączała mi się nawigacja w telefonie, ale pomimo to dotarłam. Zaskoczyły mnie tłumy ludzi i przeraziła myśl, że przyjechałam za późno, gdyż pewnie trzeba będzie parkować bardzo daleko i  się spóźnię. Niepotrzebnie! Każde moje wątpliwości rozpływały się w  momencie, jakby ktoś czytał moje myśli i mną kierował. Znalazłam miejsce do parkowania niemal natychmiast, spojrzałam na ścieżkę i czułam, by iść właśnie tędy. Weszłam nieśmiało i czułam natłok myśli. Nie wiedziałam, czy zostać, czy przepychać się dalej. I wtedy usłyszałam ciche ale stanowcze: „Zostań tutaj!”, a może bardziej wyczułam te słowa? Rozpoczęła się Msza św. i znowu natłok myśli, czy modlić się o zdrowie syna już teraz, czy bardziej skupić się na Mszy św. I znowu spokój we mnie, i znowu „ten” głos: „Słuchaj uważnie!”. Zastanawiałam się, czy to moje myśli, czy faktycznie „ktoś” do mnie mówi. Przepiękne kazanie, które uderzyło w serce: „Zaproście Pana Jezusa do waszych domów, do waszych rodzin, do waszych serc i tam oznajmijcie, że On jest Królem. Zaproście Jezusa do swojej codzienności.” Te słowa może nie są przytoczone dokładnie, ale dźwięczą we mnie cały czas. Przyjęłam Komunię św. i modliłam się gorąco o zdrowie dla syna. Rozpoczęła się modlitwa. Zapragnęłam zobaczyć osobę, która składała swoje świadectwo i wtedy lekko się wychylając, by ją dostrzec, usłyszałam: „Ty tam będziesz stała”, dużo głośniejsze i stanowcze. Chyba właśnie wtedy uzmysłowiłam sobie, że to nie moje myśli, ale słyszę całą sobą głos Pana. Zawierzyłam Panu swą rodzinę. Modliłam się „Bądź wola Twoja!”. Łzy cisnęły się do oczu ze wzruszenia, ale ocierałam je ukradkiem, jakby wstydząc się przed innymi. W pewnym momencie znów usłyszałam: „Nie ocieraj tych łez, córko moja!”. Rozpłakałam się na dobre, ale były to łzy szczęścia. Gdy kapłan zaczął chodzić z Najświętszym Sakramentem, tak bardzo chciałam, by był blisko mnie, i gdy stanął na wprost mnie, dwa razy uciekł mi wzrok, jakbym chciała uciekać, jakbym miała w sobie totalny zamęt. Wszystko działo się jakby obok mnie. Nie pamiętam, czy się wtedy modliłam, ani, jak się modliłam. Nagle zobaczyłam, że Pan Jezus jest już w innej grupie ludzi i poczułam ogromną tęsknotę za Nim, poczucie, jakbym Go zawiodła. Zaczęłam prosić: „Panie Jezu, spójrz na mnie, już się nie odwrócę”. I  wtedy On się odwrócił – poczułam, jakby tylko dla mnie, i ogarnęło mnie ogromne szczęście i przekonanie, że jest ze mną. Modlitwa trwała nadal, a  ja prosiłam szczególnie o zdrowie dla syna. W pewnym momencie zaczęła mnie boleć ręka, ale przestała, więc o niej zapomniałam. Po chwili to samo, dotknęłam jej i pomyślałam, że to właśnie w tym miejscu syn ma dużego naczyniaka, wielkości pięści. Wieczór uwielbienia dobiegł końca. Czułam się bardzo szczęśliwa, że mogłam w nim uczestniczyć. Wychodząc zaskoczyło mnie to, że pomimo tylu godzin stania nie czułam bólu kręgosłupa. Z radością wracałam do domu.

Następnego dnia razem z całą rodziną poszłam na Mszę św. do swojej parafii i po przyjściu z kościoła przypomniałam sobie o bólu ręki z dnia poprzedniego. Poprosiłam syna o pokazanie tego naczyniaka. Nie było po nim śladu, tak jakby nigdy nie istniał. Nigdy, nigdy nie było tak, by sam od siebie zniknął jakikolwiek naczyniak. Były wielokrotnie usuwane operacyjnie lub przez inne zabiegi i zawsze się pojawiały w tych i  innych miejscach. Ręka już nie boli. (...)

Zaprosiłam Jezusa do naszej codzienności, codziennie otrzymuję od Niego tak wiele. Tak wiele zmienia się na dobre. Teraz wiem, że nic nie jest dziełem przypadku, to co się dzieje, ma czemuś służyć, czegoś nauczyć. Wszystko powierzam Jemu. On wie, jak nas prowadzić. Nie potrafię pięknie ubrać w słowa tego, co czuję, nie potrafię tego przelać na papier, ale wiem, że dzieje się w naszym życiu coś wielkiego i pięknego. Ogromne jest Jego miłosierdzie! Króluj nam, Chryste, zawsze i wszędzie! Chwała Panu!

Ewelina, lat 37

XXVI Tyski Wieczór Uwielbienia był moim czwartym z kolei. Za każdym razem mocno przeżywałem modlitwy uwielbienia, jak i samą Eucharystię. Zawsze z utęsknieniem czekam na kolejny TWU. Na ostatnim, według mnie, stał się cud z moim udziałem. Otóż od lat zmagałem się nałogowo z  grzechami nieczystości. Nagle usłyszałem słowa poznania, że Jezus zwraca się do mężczyzn uzależnionych od pornografii i chce ich zapewnić, że jest zawsze z nimi. Mija już czwarty miesiąc, a ja wciąż nie zaglądam na strony z pornografią i nie męczy mnie już grzech masturbacji. Nawet nie tęsknie już za tym. Zostałem od tego uwolniony! Dzięki Ci, Panie Boże, za to! Chwała Panu!

Bartłomiej

Na Tyskie Wieczory Uwielbienia chodzę od pięciu lat i za każdym razem Jezus poruszał moje serce. Wciąż prosiłam o łaskę wiary dla mnie i  najbliższych, a szczególnie dla syna alkoholika. Ciągle modlę się za niego, lecz modlitwa sprawiała mi najwięcej bólu, gdyż bardzo często oprócz rozproszeń miałam myśli bluźniercze. Dręczyły mnie w dzień i w  nocy. Zaczęłam w końcu odczuwać nocne lęki, niektóre noce były koszmarne. Bałam się brać różaniec do ręki. Gdy w pewnej chwili padły słowa, że jest wśród nas sześć kobiet, które cierpią z powodu myśli bluźnierczych i Jezus chce uwolnić ich serca, zamarłam. Jako pierwsze usłyszałam swoje imię. Uklękłam, a z oczu pociekły mi łzy. Nic nie odczuwałam i były to łzy nie tyle szczęścia, ile  lęku z obawy, że Jezus wybrał inną Teresę. Czułam ściśnięte serce. Pomyślałam: „Jezu, otwórz me serce!” i prosiłam o łaskę uzdrowienia. Podczas modlitwy w następnych dniach zauważyłam, że myśli bluźniercze zniknęły i bardziej umiem skupić się na modlitwie, a po tygodniu odmawiając tajemnicę bolesną różańca płakałam, jakbym odmawiała ją po raz pierwszy. Jakbym po raz pierwszy zrozumiała, jak wielką ofiarę Jezus poniósł z miłości do nas na krzyżu. Jezu, dziękuję Ci za uleczenie i uwolnienie mojego serca z  myśli bluźnierczych, które prześladowały mnie od dzieciństwa. Chwała Panu!

Teresa, lat 63

Na ostatni XXVI TWU trafiłam przypadkiem: po prostu przechodziłam obok kościoła i postanowiłam zatrzymać się na chwilę. Jestem parafianką bł. Karoliny, więc wiedziałam, skąd te tłumy, ale jeszcze nigdy nie miałam okazji być na Wieczorze Uwielbienia. Do środka nie udało mi się wejść, stanęłam więc na końcu i z chwili zrobiła się ponad godzina. Byłam pod ogromnym wrażeniem siły modlitwy i ogólnie wiary zgromadzonych tam osób. Szczerze mówiąc, trochę im nawet zazdrościłam tego uczucia. Moja wiara nie jest zbyt mocna, nie potrafię tak bardzo zawierzyć się Bogu i tak zatracić w modlitwie. W pewnym momencie ludzie w kościele zaczęli się rozstępować i ujrzałam księdza z monstrancją zmierzającego ku wyjściu. Zatrzymywał się czasem i błogosławił wybrane osoby. Jak tylko go zobaczyłam, poczułam, że podejdzie właśnie do mnie. Nie wiem, skąd miałam tę pewność. Klęczałam z pochyloną głową nie mając odwagi podnieść wzroku i czując, że absolutnie nie zasługuję na takie wyróżnienie. A  jeśli to naprawdę się stanie, to ciężko będzie mi uznać to za przypadek. Tyle innych osób obok przyszło tu marząc o takim bezpośrednim błogosławieństwie, a mnie przywiodła tam tylko ciekawość... No i stało się: nagle poczułam dłoń księdza na moich włosach. Zamarłam w bezruchu, do końca chyba nie wierząc w to, co się dzieje. W tym momencie byłam już pewna, że moja obecność tam to nie był przypadek, że Jezus najpierw mnie wezwał, a potem przyszedł do mnie, do kogoś tak sceptycznego jak ja, kto o nic tutaj nie prosił. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że uwolnił mnie wtedy z bardzo uciążliwej dolegliwości somatycznej, na którą zasadniczo nie ma lekarstwa, bo jej źródło tkwi w umyśle. Nie znajduję słów, żeby wyrazić wdzięczność za to uzdrowienie. Dolegliwość ta skutecznie uprzykrzała mi życie i utrudniała normalne funkcjonowanie. Chcę w tym miejscu dać świadectwo tego, że Jezus zawsze wie, co nas dręczy, z jakimi problemami się zmagamy, nawet jeśli sami mu tego nie powiemy. Pomaga nam nawet wtedy, gdy nie potrafimy poczuć tej wszechogarniającej wiary, która zawsze wydawała mi się niezbędna do otrzymania takiego daru. Być może stało się to za sprawą wiary osób gorliwie modlących się obok. Chciałam serdecznie, z całego serca podziękować. Chwała Panu!

Beata, 37 lat

To był mój pierwszy Wieczór Uwielbienia. Od kilku dni miałam tylko jedną troskę, a była nią troska o małą dziewczynkę, która marzy o nowej rodzinie. Pewnego dnia przed wyjazdem w odwiedziny do zaprzyjaźnionego domu dziecka modliłam się na różańcu w jej intencji. Gdy ją odwiedziłam, w pierwszych minutach naszego spotkania pokazała mi kalendarz, na którym zaznacza modlitwy różańcowe o dobrą mamę i dobrego tatę. Nie potrafiłam powstrzymać łez wzruszenia i gdy te kilka chwil spędziłyśmy razem bawiąc się i rozmawiając, to co chwilę ukradkiem ocierałam łzy. Wychodząc do pracy obiecałam jej, że też będę się modliła w tej intencji, i tak się pożegnałyśmy.

Na portalu społecznościowym, a dokładnie na profilu mojej koleżanki był udostępniony film zapraszający na XXVI Tyski Wieczór – chyba go nawet nie obejrzałam, ale byłam pewna, że koleżanka będzie brała w nim udział. W piątkowy wieczór co chwilę myślałam, że chcę w wyjątkowych okolicznościach modlić się w tej wyjątkowej intencji. W sobotę rano napisałam koleżance, że życzę jej dobrego dnia i pięknych wrażeń na ten Wieczór. Monika odpisała, że będzie mówiła swoje świadectwo i że jest to dla niej niezwykły i wzruszający dzień–- dzień przełomu. W tym momencie już wiedziałam, że ja też tam będę! Powiedziałam mężowi, że nie wrócę po pracy prosto do domu, ale pojadę najpierw na mszę do Tychów, gdzie ludzie będą mówili swoje świadectwa. Mój kochany mąż nie miał nic przeciwko. dał całusa i pojechałam :)

Zaskoczył mnie ten tłum radosnych ludzi, których było coraz więcej wokół kościoła. Idąc w ich stronę miałam obawy, czy znajdę jakieś miejsce, aby się chociaż oprzeć. Na szczęście znalazłam miejsce na schodach prowadzących na chór. Na początku trochę mnie drażnili ludzie chodzący z  dołu do góry i z powrotem, bo nie było już miejsc na rozłożenie krzesełek. Na szczęście dość szybko minęła mi ta irytacja i zaczęła się ta uroczystość pełna uwielbienia. Robiło mi się coraz bardziej ciepło i  szczęście ogarniało mnie coraz bardziej. Gdy usłyszałam świadectwo kobiety uleczonej z choroby nowotworowej, która we śnie widziała chrzcielnicę z tego kościoła, to w duchu zapragnęłam zobaczyć coś lub doświadczyć czegoś, co upewni mnie, że dobrze zrobiłam, że tu jestem. Po chwili zobaczyłam pięknie świecący różaniec nad ołtarzem, którego wcześniej nie zauważyłam. Ciepłe łzy wzruszenia płynęły mi po policzku, a radość coraz bardziej mnie rozpierała. Przeżyłam największą radość w  moim życiu! Wiem, że każdy tak czasami w życiu mówi. Przecież mi też się kiedyś wydawało, że noc, którą przegadałam z chłopakiem, który teraz jest moim mężem, była najwspanialszą chwilą w moim życiu, potem nasz ślub był jeszcze piękniejszy, a następnie narodziny naszego pierwszego dziecka. Jednak teraz uważam, że nigdy nic nie spowodowało we mnie tak mocnego bicia serca i takiej radości aż do gorączki całego ciała, i gdy biłam brawo Monice po jej świadectwie, byłam bliska omdlenia ze szczęścia! Powiedziałam mężczyźnie, który stał obok mnie, że jeszcze nigdy mi tak mocno serce nie biło. Wtedy położył mi swoją dłoń na ramieniu i czułam, że jego dłoń też aż parzy, ale to było takie wspaniałe :) „Dzięki, że jesteś” – „Dzięki, że byłeś obok”, abym mogła od razu mówić, jak mocno czuję Bożą obecność, miłość i pokój! Gdy ksiądz z monstrancją i z Jezusem naszym Panem wszedł między ludzi, z ogromnym utęsknieniem pragnęłam, aby podszedł blisko nas. Zapytałam dziewczynę, która stała tuż przede mną, czy do nas przyjdzie. Zaprzeczyła, ale wskazała miejsce, gdzie będzie szedł. Mimo iż wielu ludzi musiałam prosić o przepuszczenie, zeszłam na dół i śledziłam ruch ludzi i ich spojrzenia, bo dzięki temu wiedziałam, że już jest blisko. Czekałam z  nadzieją i ogromnym utęsknieniem, aż podszedł. Chciałam pocałować ten złoty welon, którym dłonie księdza tuliły monstrancję. Powiedziałam prosto z serca „Kocham Cię, jesteś moim Królem, dziękuję!” Nadal nie mogę przestać o tym myśleć, uśmiecham się na każde wspomnienie tej chwili, to była radość, której nie da się opisać. Czułam obecność Jezusa, dobrego, kochającego, największego Pana! (…) Kolejne wzruszenie i  fala radości wpłynęły do mojego serca, gdy zobaczyłam pięknie błyszczącą obrączkę różańcową na palcu księdza. Wracałam do domu niesamowicie szczęśliwa i nieustannie czuję tę radość i wdzięczność za to, czego doświadczyłam (...).

Agnieszka, lat 39

Po długiej przerwie w życiu powróciłem do Kościoła, a to za sprawą kuzyna, który powiedział mi o tym, że był na Wieczorze Uwielbienia. Początkowo śmiałem się z tego wszystkiego, ale coś kazało mi sprawdzić, czym tak naprawdę to wszystko jest. Po przeszukaniu internetu, nie chciałem czekać do kolejnego Wieczoru Uwielbienia w Tychach, już się nie śmiałem i chciałem koniecznie to zobaczyć, przeżyć. Pojechałem na spotkanie otwarte w trzecią sobotę do Częstochowy. Niestety mogłem uczestniczyć tylko w Eucharystii, jednak już tam pod koniec poczułem i  usłyszałem, że jestem na właściwym miejscu. Po powrocie przystąpiłem do spowiedzi po 12 latach. Zacząłem uczęszczać w miarę możliwości na niedzielne Eucharystie, i tak czas minął do kolejnego XXVI Wieczoru Uwielbienia w Tychach.

Plany niestety tak się ułożyły, że nie wiedziałem czy zdążę, jednak udało się i znalazłem się na miejscu. Podczas Eucharystii, a w zasadzie pod koniec, było za mną zło. Czułem je, słyszałem, a serce biło jak nigdy dotąd ze strachu, niepewności. Do momentu adoracji zdarzyło się to jeszcze raz podczas świadectwa innej osoby. To było straszne. Uklęknąłem, skierowałem głowę w dół, ciągle przerażony. Nagle wstaję, widzę Go. Po raz pierwszy w życiu czuję, że On, Jezus, tam jest na ołtarzu, nie samo tabernakulum, ale On sam, i patrzy na mnie, czuję to! Było to cudowne uczucie, ogrzało mnie całego ciepło chyba jakiegoś rodzaju miłości. Znów uklęknąłem, a gdy spojrzałem w górę, nie było Go! Nie wiedziałem, co się stało, gdzie jest, i poczułem strach, nie chciałem, żeby odchodził! Ale jest, widzę Go pośród ludzi, idzie i błogosławi im, leczy z cierpień. Znów byłem spokojny. Nic więcej tego wieczoru mnie nie przeraziło, poczułem spokój, złość na świat ustąpiła Poczułem, że On naprawdę jest, kocha mnie, a ja Jego. Wiem teraz, czuję, że jest. To piękne uczucie. Po wszystkim podziękowałem kuzynowi, że mnie tu skierował. Świadomie czy też nie, ale nie boję się już jutra, wiem, że cokolwiek się wydarzy, Jezus jest i czuwa nade mną. Amen.

Wojtek, lat 26

Podczas modlitwy o uwolnienie od uciążliwych, dręczących myśli pomyślałam sobie, że i ja takie mam. Pomimo tego, że przyjechałam na XXVI Wieczór Uwielbienia w innej intencji, poprosiłam Pana, aby i mnie uwolnił od takich myśli. Do tej chwili moje myśli dotyczące pewnego mężczyzny sprawiały mi ból. Czułam się winna tego, że mam przyjaciela, i  nie potrafiłam uwolnić się od dziwnego poczucia winy. Teraz patrzę na naszą znajomość zupełnie inaczej. Potrafię się z niej teraz cieszyć, ponieważ wiem, że każda dobra, przyzwoita osoba wnosi w nasze życie wiele szczęścia. Chwała Panu!

Grażyna, lat 46

XXVI Tyski Wieczór Uwielbienia był moim kolejnym i też tym razem doświadczyłam bliskości i miłości Boga. Mimo że nie było dla mnie konkretnych słów poznania, to i tak wiem, że Bóg działał. On wtulił mnie w swe Ojcowskie ramiona i dodał mi większej odwagi do przebaczenia mojemu ziemskiemu ojcu. Bóg podczas TWU działa naprawdę wspaniałe rzeczy. Chwała Panu!

Monika, lat 31

Chcę zaświadczyć o mocy, potędze i nieskończonej miłości Boga do każdego człowieka. Na XXVI Tyski Wieczór uwielbienia przyjechałem z żoną i  znajomymi. Do tamtej pory w mojej głowie od dłuższego czasu rodziły się bardzo złe myśli. Weszliśmy do kościoła bocznym wejściem z prawej strony. Stanęliśmy zaraz przy wyjściu. Pierwsze, co zobaczyłem, to przekreślona czarno-czerwona postać namalowana z prawej strony ołtarza, co uświadomiło mi moje zachowania. Całą Mszę byłem pełny lęku i obawy. Po skończonej Mszy rozpoczęła się modlitwa. Uklęknąłem i poczułem niebywałą wygodę, jakiej jeszcze nie czułem. Wcześniej nie mogłem długo klęczeć, ponieważ od razu bolały mnie kolana i kręgosłup. Poczułem, że Bóg chce, żebym w takiej postawie trwał na modlitwie, że pozwala mi się zbliżyć. Zacząłem się modlić i coraz bardziej i bardziej czułem się bliżej Jezusa. Błagałem, aby Jezus mi wybaczył moje złe postępowania i  myśli. Chciałem, aby pozwolił mi być Jego gorliwym świadkiem, żeby dał mi siłę do walki z moimi słabościami oraz odwagę do głoszenia Jego chwały. Zacząłem gorzko płakać. To był taki histeryczny i rozpaczliwy płacz wychodzący od wewnątrz, jakiego jeszcze nigdy nie odczułem. Mijał kolejny czas, a ja dalej klęczałem (niewiarygodne!). Pomimo wielkiego hałasu słyszałem niezwykłą ciszę. Czułem, jak moje ręce same się wyciągają do przodu, jak gdyby żebrały. To było poza moją kontrolą. Czułem to, ale nie mogłem nic zrobić. Nagle poczułem, że ktoś się do mnie powoli zbliża. Żona powiedziała mi, że idzie w naszym kierunku kapłan z Panem Jezusem. Moje błaganie stało się jeszcze mocniejsze, a  głowie usłyszałem słowa „Proście, a będzie wam dane”. Czułem, że Jezus, mój Pan, stoi obok i spojrzał na mnie litościwie. Jeszcze bardziej się uniżyłem i otwarłem na Jego działanie. Spotkanie było tak głębokie, że nie jestem w stanie opisać tego słowami. Czułem Jego ciepło i odczuwałem Jego obecność wszystkimi zmysłami. Gdy Jezus odchodził, czułem totalną pustkę w głowie. Przez pewien czas nie umiałem nic pomyśleć, zrobić ani nawet powiedzieć. Zostałem jakby zresetowany, oczyszczony. Dalej trwałem na modlitwie klęcząc. Zacząłem rozumieć słowa w nieznanym dla mnie języku. Nie słowo w słowo, ale sens zdania. Nagle usłyszałem: „Bóg uzdrawia Łukasza z choroby układu krążenia”. Od dłuższego czasu bolała mnie głowa, ale tak potwornie, że nie dawało się wytrzymać. Myślę sobie, że to nie o mnie, że jest inny Łukasz i zacząłem się modlić w tej intencji. Nagle znowu: „Boże, on na pewno Cię teraz słyszy”. Zrozumiałem, że to jestem ja. Minął już tydzień i od tamtej pory ból się nie pojawił. Po skończonej modlitwie wstałem i pierwsze, co zobaczyłem, to białą postać z tej samej strony kościoła. Zrozumiałem, że Bóg dał mi nowe życie, zmazał wszystko, co we mnie było złego. Od tamtej pory uwielbiam Jezusa we wszystkim i we wszystkich. Jemu powierzam wszystko. Czuję Jego obecność w każdej chwili obok mnie. Czuję niesłychaną radość i  chęć do modlitwy. Stałem się nowym człowiekiem. Jezus jest moim Panem i  Zbawicielem, Jemu zawdzięczam moje ocalenie. Bóg pragnie każdego z nas i  tylko czeka, aż się otworzymy na Jego działanie. Trzeba powierzyć wszystko, całe nasze życie.Za wszystko, co Pan Bóg działa, niech będzie chwała!

Łukasz, lat 27

Zacznę od tego, że na Tyskim Wieczorze Uwielbienia byłam tylko kilka razy. To, że w październiku przyjechałam, nie było przypadkiem. Przypadków po prostu nie ma. Kilka dni przed XXVI Tyskim Wieczorem Uwielbienia pomyślałam sobie właśnie o tym wydarzeniu. Po prostu przyszło mi do głowy, że pojechałabym na kolejny TWU. Nie musiałam długo czekać i tego samego dnia bądź kolejnego koleżanka zapytała mnie, czy się tam wybieram. Nie muszę nawet mówić, jak wielkie było moje zdumienie w chwili, w której zadała mi to pytanie, gdy okazało się, że to już za kilka dni. Wiedziałam już, że to nie jest przypadek i po prostu muszę tam pojechać. Nie myliłam się. Od kilku lat jestem zakochana w pewnym chłopaku. Jest to trudna miłość, wymagająca wiele modlitwy, wiary, nadziei, cierpliwości i ufności. Jednak fragment Ewangelii wg św. Łukasza mówiący o zwiastowaniu, a szczególnie werset 37 w 1 rozdziale, dodaje mi sił każdego dnia: „Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”. Na TWU w październiku było bardzo wiele o miłości, w pewnym momencie słowa Pana Boga odebrałam do siebie. Koleżanka, z którą pojechałam, zna sytuację, i w tym samym momencie spojrzała na mnie. Myślę, że po prostu pomyślała o tym samym. Pan Bóg skierował wtedy swoje słowa do os&oacu

Kontakt

Parafia pw. bł. Karoliny Kózkówny
ul. Ks. Tischnera 50; 43-100 Tychy

Telefon czynny pn. - sob.
od godz. 1700 do 2130

884 927 067

E-mail: sekretariat@centrumduchowosci.pl

więcej

 

Kalendarz

< maj 2019 >
pnwtśrczptsond
  1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31

Galeria zdjęć

Zdjęcia z Tyskich Wieczorów Uwielbienia

Nasze materiały

Cud Projekt
Notatnik SOW
Śpiewy z Tyskich Wieczorów Uwielbienia
Płyty CD
Książki

Szczególnie polecamy

Spotkania modlitewne
Tyskie Wieczory Uwielbienia
Wspólnota dorosłych
Rekolekcje
Seminarium Odnowy Wiary
Sesje Szkoły Modlitwy
Kiermasz Dobrej Książki

Patronat nad dziełem Centrum Duchowości sprawuje Centralna Diakonia Modlitwy Ruchu Światło-Życie.
© 2015 Centrum Duchowości Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Katowickiej przy parafii błogosławionej Karoliny Kózkówny w Tychach
ul. Ks. Tischnera 50; 43-100 Tychy; tel.: 884 927 067; @: sekretariat@centrumduchowosci.pl; www.centrumduchowosci.pl
Polityka cookies oraz regulamin serwisu | Stała współpraca